Zapach Śmierci w krytyce politycznej

2011-06-23 07:29:18

Wiśniewska-Grabarczyk: Zapach śmierci
Anna Ż. M. Wiśniewska-Grabarczyk
22.06.2011


Terry Pratchett umiera. Zabrał mnie w tę drogę i nie jestem pewna, czy nie mam mu tego za złe. Zasadniczo w nosie mam umieranie, bo muszę skończyć dwa artykuły i jedną książkę, ale od dwóch dni moją jedyną świadomą czynnością jest przewijanie w głowie filmu Pratchetta. A to dlatego, że przygotował mi najgorszy snuff movie, jaki kiedykolwiek widziałam.

Do dokumentu Terry Pratchett: Choosing to die usiadłam późnym wieczorem. Razem z twórcą Świata Dysku odwiedziłam niekontynentalne Wyspy i kontynentalną Szwajcarię. Miejsce pierwsze w ogólności służy do dobrego życia, miejsce drugie do dobrego umierania. Pratchett towarzyszy dwóm śmiertelnie chorym mężczyznom w ich drodze ku tzw. assisted suicide (wspomaganemu samobójstwu). Rzecz cała jest dość prosta. W pewnym momencie życia dowiadujesz się, że jesteś śmiertelnie chory. W zależności od tego, co u ciebie zdiagnozowano, umierasz (w 99% w bólach) jako człowiek świadomy bądź nieświadomy. W wypadku Pratchetta, u którego trzy lata temu zdiagnozowano Alzheimera, będzie to odchodzenie w nawracających stanach nie- i świadomości. Pratchett nie chce cierpieć, nie chce też doprowadzić do stanu, w którym jego funkcje motoryczne i mentalne pozbawią go mocy decyzyjnej. Można to z pewnością przedstawić też jako chęć odejścia bez narażania bliskich na kilkuletnie patrzenie na degrengoladę własnego ojca czy męża.

Pamiętam zapach domu starców, który odwiedzałam jako nastoletnia krewna swojej ciotki. Ani ciotka, która tam umierała, ani ja nie znałyśmy pojęcia assisted suicide. Czy to dobrze? Nie wiem. Po obejrzeniu dokumentu Pratchetta do zapachu śmierci wyniesionego z wieleńskiego hospicjum dołączam zapach szwajcarskich Alp i pochylającej się nade mną Eriki (Dignitas escort, pracownica firmy Dignitas, jest przy umierającym do końca), która z mocnym germańskim akcentem powtarza kilkakrotnie: – Are you sure you want to die today?

Peter Smedley, jeden z bohaterów dokumentu, w końcu odpowiada Yes. Przyjechał do Dignitas Clinic w Szwajcarii z żoną, aby umrzeć. To miejsce – bladoniebieski dom otoczony drzewami – wybiera corocznie kilku (kilkudziesięciu?) Anglików, by godnie odejść. W tym domku z ogródkiem, usytuowanym na przemysłowych terenach miasta (wszak Dignitas to przedsiębiorstwo i jako takie nie otrzymało pozwolenia władz na prowadzenie działalności w pobliżu terenów mieszkalnych), wszystko przypomina mi tanią kwaterę, jaką wynajmuję co roku, udając się nad polskie morze: elektryczny czajnik w towarzystwie niczyich filiżanek, bladopuste ściany przecięte bezsensownym obrazkiem.

Na początku filmu Pratchett uprzedza, że to, co zobaczymy, może nie być łatwe, ale jest konieczne. Prawdopodobnie ma na myśli przede wszystkim ten fragment okumentu, w którym ja, widz, patrzę na umieranie Petera Smedleya. Gdy z jego ust pada odpowiedź twierdząca na niemilknące Do you really want to die?, procedura umierania startuje. Najpierw jednak nieco papierkowej roboty – Smedley podpisuje oświadczenie, którego pierwsze słowa brzmią: „Po długim zastanowieniu, ja – osoba śmiertelnie chora – zdecydowałem się skorzystać z prawa do samobójstwa wspomaganego”. Następnie 71-letni Anglik wypija truciznę i płyn, który spowoduje, że jego organizm jej nie odrzuci. Potem pozwala swojej żonie trzymać się za rękę.

Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze odważę się wrócić do dokumentu Pratchetta. Nie wiem też, z jakiej opcji konania skorzystałabym sama. Bez wątpienia film przekonuje mnie, że Alpy nie są na to dobrym miejscem. Wolałabym odejść w moim kraju, w moim mieście, w moim łóżku. Pozostanie mi zatem umieranie po polsku, czy – szerzej – po europejsku. Czyli taki model niebarbarzyńskiego odchodzenia, o jakim pisze w swoich pracach Peter Singer, australijski etyk.

Najpierw czeka mnie humanitarne zapomnienie ze strony opiekuńczego państwa. Jest to tylko etap przed właściwym zgonem, niekiedy poprzedzonym wieloletnim umieraniem na raty gdzieś na krańcu ludzkiej godności i ludzkiego uniwersum. Może położą mnie na jakimś szpitalnym łóżku i przez zaniedbanie (w asyście otwartych okien) dostanę zapalenia płuc. A może jednak z nieukrywaną radością przyłączę się do pensjonariuszy domu starców (przemianowanego na dom spokojnej starości) i będę zadowolona, że resztę życia mogę spędzić nie w swoim domu i z obcymi mi ludźmi.

Żadna forma mojej śmierci mnie nie satysfakcjonuje (może to objaw zdrowego podejścia do sprawy). Wiem, że nie poradziliśmy sobie z umieraniem. Ale nie uważam, że jest to objaw naszej cywilizacyjnej niemocy. Kto byłby w stanie ułożyć szczęśliwy scenariusz na śmierć? Zdając sobie zatem sprawę, że w tej grze nie ma wygranych, powinniśmy rozpisywać kolejne kontrapunkty w godnościowym podejściu do spraw ostatecznych niezwykle delikatnie. A tym byłoby skończenie z hipokryzją większości (bo nie wszystkich) polskich i europejskich domów starców i pozwolenie na skorzystanie z assisted suicide tym, którzy tak właśnie chcą odejść. Smutno, że przy polskiej wierze w nieczytelne dla mnie hasło – „cierpienie uszlachetnia” – pozostaje jedynie uzbierać sporą sumę pieniędzy na umieranie w szwajcarskim bladoniebieskim domku (Dignitas nie dzieli się informacją o realnym koszcie przeprowadzenia eutanazji; dane orientacyjne mówią o blisko 4000 euro). O ile więcej w tej ostatniej drodze byłoby godności, gdybym rzeczywiście mogła wybierać między samobójstwem w towarzystwie Eriki na industrialnych połaciach gdzieś w pobliżu fabryki czekolady Milka a długoletnim konaniem w towarzystwie wyrzutów sumienia zapominających o mnie bliskich – i własnych, że mam im to za złe.

Wybór którejkolwiek z tych opcji jest drastycznie smutny, ale jest nadal wyborem, do jakiego istota ludzka powinna mieć prawo.


źródło

Zobacz powiązane książki: Eryk, Terry Pratchett: Choosing to die

Autor: Grace