Zobacz więcej z kategorii: świad dysku

Duszy drgania i akordy, czyli rzecz o muzyce na Dysku.

2011-08-31 09:22:13

„Coś mi w duszy gra”... Przyjemny pospolity frazeologizm pozytywnie nastrajający umysł i właśnie duszę do działania. Bo każdy z nas ma swój ulubiony gatunek muzyki. Nawet ten któremu jeden z czterech słoni na skorupie A'Tuina na ucho nadepnął, bezwolnie pląsa do ulubionego kawałka. Kiedy nadchodzi odpowiednia chwila wyłączamy zaawansowane funkcje myślowe i zatapiamy się w ulubione rytmy płynące z naszego sprzętu grającego. Przekonani jesteśmy, że to my decydujemy o tym czego i kiedy słuchamy. Co by było jednak gdyby to Muzyka decydowała za nas? Gdyby to Ona kontrolowała nasz niczego nieświadomy umysł i zechciała z okowów naszych CD-ków i winyli wydostać się na zewnątrz? Kiedy stała by się źródłem szaleństwa tłumów. Kiedy wymyka się zupełnie spod kontroli? A może tak dzieje się od dawna? A my zupełnie nieświadomie zakochujemy się w tym gatunku, który podsuwa nam Muzyka właśnie łudząc się, że to nasz dobry gust odróżnia nas od reszty? Może nikt poza Terrym Pratchettem, który zauważył to zjawisko w „Muzyce duszy” nie był na tyle czujnym by odnaleźć magię Muzyki?


Ale zacznijmy od początku. U źródeł wszystkich gatunków muzycznych leży Chaos (z
resztą jak u wszystkiego innego). Nieco później narodził się Blues. Źródeł bluesa można się dopatrywać m.in. w pieśniach pracy z okresu niewolnictwa Murzynów amerykańskich oraz w takich przejawach folkloru murzyńskiego, jak zawołania ulicznych sprzedawców, kołysanki matek i piastunek, opowieści włóczęgów, zawodzenia żebraków. Blues w drugiej połowie XIX wieku na południu USA w Alabamie, Missisipi, Luizjanie i Georgii. Od razu stał się składnikiem folkloru Murzynów z południa USA. Na początku był tylko wokalizą. Bez potrzeby używania jakichkolwiek instrumentów poza własnym głosem. Z czasem jednak pasja zapaleńców rozwijała się i dokładano kolejno gitarę, banjo aż w końcu fortepian, a za nim całą orkiestrę z sekcją dętą. Jak samo życie bluesowe rytmy przyśpieszały i zaczęły się przekształcać w rythm and blues. Ta właśnie odmiana bluesa z czasem dała początek Rock&Rollowi. A stąd już tylko krok do szaleństwa.

Wspaniałe rzeczy dzieją się tylko dzięki niezwykłym ludziom. Rozwój i popularyzacja Rocka nie byłyby możliwe gdyby nie DJ z Cleveland, Alan Fred, który zainspirowany sporym zainteresowaniem muzyką bluesową wśród młodzieży, postanowił zacząć promować ją pod nazwa Rock&Roll w Swoim radiu. Był on też odpowiedzialny za organizację kilku pierwszych koncertów. Brzmi znajomo? Wytrawny czytelnik zauważy od razu, że nasz ulubiony sprzedawca kiełbasek (choć to słowo na wyrost) również przekwalifikował się szybko do roli managera, gdy tylko zauważył możliwość zarobku na rodzącym się zapale do Muzyki Wykrokowej.
Mając promotora nie pozostawało nic innego jak zacząć robić karierę. „Muzyka Duszy” pokazuje nam jak dzięki talentowi (i odrobinie magii) można osiągnąć szczyty.

Sam Rock&Roll to muzyka z kilkoma podstawowymi wyznacznikami. Po pierwsze jest przepełniona rytmem i harmoniczna.
„- Jest bezprawna. I zmienia ludzi.
Nazywana jest „Muzyką z wykrokiem”.
Ma rytm i można przy niej tańczyć, ale...
Jest... żywa.
I nie chce ucichnąć.”
Prostota i wpadanie w ucho to jej najlepsze cechy.
„Kamienie były różnej wielkości, starannie dostrojone tu i tam przez nieduże nacięcia i wyryte linie. Imp wybrał mniejszy i puknął palcem. Uzyskał: bop. Inny, jeszcze mniejszy, zabrzmiał jak: bing.
- Co z nimi robisz? - zainteresował się.
- Walę jednym o drugi.
- A potem co?
- Jak to „a potem co”?
- Co robisz, kiedy już wallniesz jednym o drugi?
- Walę jednym o drugi jeszcze raz - wyjaśnił Lias, urodzony perkusista.”


Choć wszystko zaczęło się w USA stary kraj nie mógł długo pozostać w tyle za jankesami (inaczej królową mogłaby złapać czkawka przy popołudniowej herbacie).
Brytyjska (lub jak kto woli to wprost z Llamedos) forma rock&rolla oczywiście musiała być bardziej wyrafinowana. Na scenę weszły takie zespoły jak The Beatles, Queen (czyż to nie logiczne:P ) The Rolling Stones, The Who, Led Zeppelin, Pink Floyd czy The Animals. Nie mogło być oczywiście również inaczej w Ankh. Choć tu liczność zespołów była niższa, to nazw nie brakowało (bo wybrać ta jedna i się określić to tak jak założyć spodnie z lamparciej skóry – równoznaczność końca kariery); Letni Balon, Ktoś, Stojące Skały, Różowy Fluid oraz Ssak. Czy widzicie jakieś podobieństwa czy potrzebne jest jednak badanie zmysłu kojarzenia faktów? Widać historia wszędzie lubi kierować swoje tory w podobnym kierunku.

Rock&Roll opanowywał rynek muzyczny. Coraz więcej przebojów dominowało na listach najchętniej słuchanych piosenek. Wszyscy zali i potrafili zanucić parę wersów Smoke on the water, Stairway to heaven, Blue suede shoes czy na bardziej rodzimych rynkach Dziwny jest ten świat. Grupa z wykrokiem w świecie dysku również wypracowała sobie kilka hitów, które zapewne i w świecie kuli każdy potrafiłby zanucić z niewiele większym wysiłkiem. "Opary nad jeziorem", „Ścieżka do raju" ze swoją niezwykłą partią gitarową, zmuszające do kręcenia biodrami w rytmie o wiele szybszym niż pozwala na o anatomia „Nie depcz po moich niebieskich butach” czy "Dziwny jest ten Dysk" z niesamowita siła szarpania za najbardziej napięte struny duszy i traktowania ich jak twardy ojciec rodem z dzikiego zachodu nieposłusznego syna – sprawiająca, że aż iskry lecą z wiadomego miejsca.

Rock stał się elementem kultury. Nie tylko konkretnych grup, miast, czy krajów. Rock i jego pochodne łącza cały świat. Na koncerty wielkich sław ciągną ludzie z najdalszych zakątków świata. Muzyka rockowa przenika do teatru, kina, a jak widać za pośrednictwem Sir Terrego również do książek. Muzyka stała się szansą dla zwykłych ludzi, takich którzy jedyne co potrafią robić to granie. Nie ważne czy to harfa, czy kamienie, czy gitara, czy róg, czy perkusja. Daje nadzieję przegrańcom losu. Wystarczyło mieć tylko w sobie iskrę umiejętności. Coś co sprawia, że myślimy, że ich instrumenty są magiczne. Oczywiście w Świecie Dysku dużo bardziej prawdopodobne od bożej iskry (choć i takie się zdarzają) są magiczne instrumenty zakupione (no może nie zawsze) w sklepach, których na następny dzień nie ma już w tym samym miejscu. Tak to już bywa kiedy magia miesza się z rzeczywistością.

Rockmani stali się inspiracją dla musicali. Takie niezwykłe twory jak „Cats”, „Jesus Christ Superstar” czy „Metro” przepełnione są duchem i brzmieniem rocka i bluesa. Również i w słynnych filmach zawarto najprostsze historie wielkich muzyków. Pierwszym jaki przychodzi do głowy kiedy myślę muzyka z wykrokiem jest oczywiście „The Blues Brothers”. Najprostsza z możliwych historii. Dwóch braci, reaktywowany zespół, zebranie instrumentów i poszukiwanie miejsca do występu. A do tego misja od Boga, szalone tłumy, naziści, mściwy zespół country i muzyka. Znacie ta historię co nie? Nawet jeśli nie oglądaliście filmu to „Muzyka duszy” czerpie z niej całymi garściami. No może nie ma tam neonazistów. Ale trzech kumpli, bez grosza przy duszy, przypadkiem spotyka się i zakłada Zespół z wykrokiem. Zdobywają instrumenty z magicznego sklepu a ochrzczeni jako Grupa z wykrokiem ruszają na podbój Świata Dysku. Pratchett wcharakterystycznym dla siebie stylu czerpie mnóstwo humoru i wybiera perełki z akcji filmu, zręcznie wplatając je w fabułę swojej powieści. Szczególnie widać to podczas sceny wynoszenia fortepianu (instrument dla tymczasowego czwartego w zespole Bibliotekarza Niewidocznego Uniwersytetu) z budynku Opery gdzie pojawia się kalambur na temat Przewodniego hasła bluesowych braci : „Jesteśmy na misji od Boga”.
„- Nie zdoła nas powstrzymać. Przybylimy z misją od Buoga.
- Fakt.
Fortepian sunął truchtem przez kałuże. Po chwili zapytał sam siebie:
- Buddy...
- Co?
- Dlaczego żem to powiedział?
- Co takiego?
- Żeśmy przybyli z misją... no wiesz... od Buoga.
- Nooo... Krasnollud powiedział nam: Idźcie i przynieście fortepian. A ma na imię Buog, więc...
- Tak... No tak... Ale... on przecież mógł nas zatrzymać, znaczy, co takiego dziwnego w jakiejś misji od jakiegoś krasnoluda...
- Może byłeś zwyczajnie trochę zmęczony.
- Może faktycznie - zgodził się z wdzięcznością fortepian.
- A poza tym naprawdę przybyllliśmy z misją od Buoga. - Aha.


Pastisz na Bluesowych Braci jakich mało. Takich scen jest więcej. Choćby zamawianie czterech kurczaków i tostów bez masła w barze prowadzonym przez Aretę Franklin znajduje odzwierciedlenie w scenie z Jamy Świdry.
Podajecie smażonego szczura? - upewnił się Buog.
- Najlepsze smażone szczury w mieście - zapewnił Świdro.
- Dobrze. Proszę cztery smażone szczury.
- I kawałek chlleba krasnollludów - wtrącił Imp.
- I trochę koksu - dodał Lias.
- Znaczy, szczurze łebki czy szczurze łapki?
- Nie. Cztery smażone szczury.
- I koks.


W Jamie Świdry w prawdzie kurczaków prawdopodobnie nie podawano, ale nastrój
wesołości tak ze i przy serwowaniu szczurów może się udzielić. Tak jak w Bluesowych Braciach, taki i w „Muzyce duszy” dzielni wirtuozi przekonują się szybko, że bycie muzykiem to nie lada wyzwanie. Szczególnie w starciu niezadowoloną publicznością, szczególnie jeśli publiczność jest uzbrojona. Ale co to dla Elwooda i Jolieta albo Buoga i spółki. Weźmy na przykład scenę gry zespołu w „Pod załatanym Bębnem”. Czyż to nie znajomy klub country z Blues Brothers i gra za ochronną siatką? Z ta różnicą, że tu nie było siatki.
- Tak sobie myślałem, że może parę numerów, które wszyscy znają? Żeby stworzyć atmosferę.
- Atmosfera... - powtórzył Imp.
Rozejrzał się. Owszem, znał to słowo. Ale w tym miejscu było ono samotne i
zagubione. O tak wczesnej porze w tawernie siedziało zaledwie trzech czy czterech klientów; żaden z nich nie zwracał uwagi na scenę.
Ściana za sceną z pewnością była już świadkiem wielu wydarzeń. Przyjrzał jej się, gdy Lias spokojnie rozstawiał swoje kamienie.
- Och, to tylko kawałki owoców i stare plamy po jajkach - uspokoił go Buog. - Ludzie pewnie robią się trochę niesforni. Nie ma się czym martwić.
- Nie martwię się nimi - zapewnił Imp.
- Tak też myślałem.
- Martwię się o te ślllady po toporach i dziury od strzał


W Muzyce duszy przeplata się gorączka. Rzec by się chciało nawet, że gorączka
sobotniej nocy. Wszystkich ogarnia pociąg do muzyki z wykrokiem, chcą się odróżnić od tłumu a jednocześnie być jego częścią, niektórzy kołują dla siebie pierwsze na świecie (dysku) jeansy, inni składają pierwszego krążownika szos. A wszystko w rytm Muzyki. Nie sposób zauważyć, że to co dzieje się z magami na uniwersytecie, ze wszystkimi przybyłymi na koncerty ludźmi - to oczywiście przejaskrawione ale jednakowoż idealnie oddane nasze zachowania na koncertach wszelakich.

Sir Terry pokazuje jak istotna jest dla nas muzyka. Jak istotnym jest to co nam w duszy gra, jak istotne jest by serce nalazło własny rytm i takim taktem prowadziło nas przez życie. Bo nie jest ważne czy w Twojej duszy gra rock, czy blues, czy jazz, a może muzyka klasyczna czy pop. Muzyka nie odrzuca, muzyka nie dzieli. Muzyka łączy maga i wieśniaka, orangutana i trolla, krasnoluda i elfa (no może nie do końca, bo pewnych granic się nie da co końca przekroczyć). Więc nie pozostaje nic innego tylko krzyknąć : Raz, dwa, raz dwa trzy (lub raz dwa trzy trzy dla basistów i perkusistów ) i oddać się lekturze „Muzyki duszy” w tle słuchając niepowtarzalnego riffu z „Oparów nad jeziorem”.



Zapraszamy też do przeczytania podobnego artykułu

Zobacz powiązane książki: Muzyka duszy

Autor: Marek Sobczak