Nie dotykać!


przycisk końca świata

świat dysku

Pogodynka


Zobacz więcej z kategorii: fan fiction

Fan fiction: Ballada Nieokreślonej Treści

2011-09-13 12:45:16

Ballada Nieokreślonej Treści

Posłuchajcie tej ballady,
Co rozśmieszyć może Was,
Lecz też znużyć należycie…
Posłuchajcie wszyscy wraz!

Tam, gdzie góry strome mają,
Teren płaski w muzeum trzymają
(by turysta uwierzyć mógł, że jest),
Lasy gęste, ścieżki kręte,
Noc ciemna, że mnie, Panie, strzeż!

Opowiem o dziewczynie, co
Nie w tym miejscu, co powinna znalazła się,
Rzeczy dziwne i niedziwne widzieć mogła,
Przed niczym nie ustrzegła się.

Niby niewinnie zaczęło się,
Czytając w ogrodzie usnęła,
Twarzyczkę o książkę oparłszy,
Do świata innego popłynęła.

Wśród mchu i paproci ocknęła się,
Powietrze inną woń miało, niż chwil temu parę,
Wokół ciemność, mgła i chłód –
Najgorszy koszmar wśród przygody wrót!

Najsampierw myśleć poczęła,
Że to sen jakowyś,
Lecz nim się podnosić zaczęła,
Sucha gałązka za nią trzasnęła.

Nie bacząc na położenie swe,
Ruszyła biegiem przed siebie, hałasem z tyłu ścigana,
Na drogę wypadła zdyszana
Marząc o tym, by doczekać rana.

Jednorożec w księżyca blasku,
Tuż za nią pojawił się i patrzeć jął natrętnie,
Już gotuje się do skoku, już kopytem ziemię ryje,
Dziewczyna miast wiać, oczy w dłoniach kryje.

„Ratunku!”, wrzeszczy, „Pomocy!
Gdzież ja znalazłam się w nocy?
Czy w ogrodzie posnęłam – trudno teraz orzec…
Jednak skąd w ogrodzie tatowym jednorożec?”

Dalej tak oczy zaciska i
Mruczeć zaczyna wyzwiska.
Aż tu nagle – o zgrozo! Jednorożec w krzaki umyka,
Lęk jego wyraźny drogę ucieczki odmyka.

Dziewczyna oczy otwiera,
Ze strachu całkiem stężała.
„A cóż to za chimera
Wyskoczy zaraz z lasu?”

Odbity w księżyca blasku,
Cień rzuca na drożyny piasku,
Oczyskiem przekrwionym łypiąc bacznie wokół –
Wyskoczył z krzaków potwór.

Cielsko ogromne, rudym futrem obleczone,
Uszy posieczone furkoczą w nocy wietrze,
Jedno oko, bystre oko, toczy z furią wokół,
Cztery łapy, jeden ogon – toż to kocur!

Dziewczyna odetchnęła, przed siebie ruszając,
Ta droga dokądś prowadzić wszak musi,
Choć ciemno, choć las obcy, choć zimno –
Był kot, to i domostwo jakieś być powinno!

Nie szła długo, choć w jej głowie tak zdawać się mogło,
Gdy gęsty las po obu stronach mając
Stąpała ostrożnie,
Kostur pokaźny dla obrony dźwigając.

Pewna była jak niczego,
Że ów, kto tym kosturem oberwie,
Na ziemię runie i już nie wstanie
Przez czas jakowyś na pewno.

Chatka maleńka na skraju lasu,
Otoczona płotu nierównego pasem,
W ogrodzie zioła, na strzesze smoła,
Być może tu jej schronienia udzielą.

Zbliżyła więc do domku się, gdzie
Furtka złowieszczo skrzypnęła uchylając się i dostępu nie broniąc.
Kołatką stuknęła i czekać poczęła
W jaśniejącego brzaskiem słońca ogrodu pasie.

We drzwiach kobietę dojrzała,
Wysoką, stateczną i… starą.
Kapelusz jej czarny szpicem w niebo mierzył,
Spojrzeniem ją obrzuciła wieloznacznem.

„Dobrze już. Dość już mam twego ciągłego wystawania tutej,
Znam cię, pannico, twój ojciec woźnicą
W Głupim Ośle zarabia na życie.
Zobaczmy, co z ciebie wyrosło w tym świecie.

Czasu wchodzić nie ma,
W drogę ruszyć musim,
Rozumieć to nie czas jeszcze, więc
Po prostu staraj się nie gubić mię z oczu."

Drzwiczki chatki zatrzasnąwszy,
Ruszyła ścieżką do furtki,
Nie oglądając się za siebie w lesie niknąwszy,
Płaszcz czarny naciągając miast kurtki.

Dziewczyna przez chwilę stała,
Dodając do dwóch dwa niemo ustami ruszała.
„Nie może to być!” w niebo krzyknęła
I za kobieciną do lasu pomknęła.

„Czarownicą ty jesteś!
Babcią Weatherwax cię zwą wśród ludzi!”
Mówiła raz po raz,
Oczekując, że zaraz się zbudzi.

Jednak babcia słyszeć jej nie mogła,
Szła prosto przed siebie, pewnie kroki stawiając
Wśród lasu ciemnego gęstwiny,
Bo choć słońce już wzeszło, czasu mu trzeba, by i między drzewa zawinąć.

„Ja śpię, w ogrodzie posnęłam
Twarz do książki tuląc,
Dlatego marzyć poczęłam,
Rozsądek po drodze gubiąc.”

To mówiąc, dłoń swą szczypnęła
I krzyk zdusić musiała,
Bo ból okropny uczuła,
Prawdy zwiastun dziwniejszej, niż by chciała.

Lecz oto miasto przed nimi stanęło,
Raczej niewielkie, już raczej miasteczko,
We śnie jeszcze pogrążone,
Nocnych zdarzeń nieświadome.

„To Lancre!” wydarł się z piersi
okrzyk zachwycony,
„Lancre wymarzone, Lancre nieraz wyśnione!
O, Lancre, moje Lancre!”

Gdy tak, w - z pewnością nie niemym zachwycie,
Dzieweczka piszczeniem zajęła się,
Kobieta w czerni wstrzymała kroki swe,
Oczy swe piękne wlepiając w nią należycie.

„Żeś nie najmądrzejsza wiedziałam, lecz
Głupia dziewuchą jesteś, skoro tak się drzesz.
Tyś panna, nie kogut, wstrzymaj więc
Swych płuc powietrza pełnych krzyki.”

„Przepraszam!” jęknęła, pokory pełną postawę przyjmując,
„Pierwszy raz w życiu to miasto widzę
Oczyma memi, nie tylko w wyobraźni
Nakarmionej opisami pięknemi przestrzeni.”

„Głupiaś i tyle. Ty za mną idź teraz
I cicho masz siedzieć, choćby cię świerzbiał jęzor.
To sprawa czarownic, a ty nią nie jesteś,
Milczeniem więc się zajmij i to zaraz.”

Pilnując uważnie, by nie mówić nierozważnie,
Dzieweczka za babcią zdążała.
Krok za krokiem, wzrok za wzrokiem,
Choć zachwytu kryć nie chciała – musiała.

Oto w Lancre znalazła się! Jakim cudem?
Któż to wie? Zresztą, kto by myślał o tem,
Kiedy już za płotem
Niania Ogg czeka na nie dwie.

„Wreszcie jesteś” mówi,
„I ty, dzieweczko, też. Prawiłam ci, Esme,
Weź ją do się wcześnie,
Tym więcej nauczy się.”

„Sama se ją weź,
Oddam ja ją chętnie. Tylko szczerzy się,
Naokoło ślepi oczy. A po co? Pytam się?
Głupie dziewczę!” odpowiada Esme.

Iść prędko poczęły do lasu z powrotem:
Babcia Weatherwax i Niania Ogg z kotem,
Który łypał na dziewczynę przekrwionym okiem.
To Greebo! A jakże! Jego poznała także.

Tak idąc, dziewczyna w myśli liczyła:
„Mamy więc babcię, nianię i Greeba,
Brakuje tej trzeciej, rozczochranej Magrat –
Bez Magrat opowieść nie liczy się w tym świecie.”

Spotkały ją niedługo, koło kamienia stała,
Kamień tym razem nie skrył się, był widoczny z dala.
Magrat powitała serdecznie je, herbatą ziołową częstując
I co najdziwniejsze – niczemu się nie dziwując.

Babcia zwróciła do dziewczyny się:
„Cztery to zbyt wiele, by sabat udał się,
Dlatego skoro już tu być musisz,
Przypatrz uważnie się.

Pamiętaj, jeno, dziewczyno,
Że jeśli tańce i śpiewy bez majtek chcesz ujrzeć,
Nie u nas tego spodziewaj się. Wybuchów bez liku,
Światełek, świetlików – tym my nie zajmujemy się.”

„A szkoda” niani wypsnęło się, gdy siadała na pniu starym,
„Dawno już jak kiedyś dobrze nie bawiłam się.”
Tu oko puściła, zęba jedynego w uśmiechu wyszczerzyła i
Z reform przepastnych butelkę pękatą wydobyła.

Wokół ognia zasiadły i radzić poczęły,
Przekrzykując głośno się.
Czas jakiś minął, zmierzch już napłynął,
Choć ledwie chwil temu parę, kogut pianiem wieścił brzask.

Tu czas tak płynie,
Niby godzina, a jednak dzień minął cały na obradowaniu.
Wieczór bliski już, ogień niski już,
Najwyższy czas do domu zbierać się już.

Lecz nagle jak – niezwykły blask
Firmament ciemny rozdarł!
To światło jasne, przez które gwiazdy zgasły,
Błysnęło, jakąś postać w ziemię śląc.

„Spadnie w las ciemny,
Prędko bieżajmy tam, a pierwsze na miejscu będziemy!”
Babcia uznała, kapelusz chwyciwszy i
Żywo w drzew bliskich skupisko pomknęła.

Nieszczęśnik na kamieniu płaskim siadł,
W zadumie masował kark,
Na ich widok kapelusz na głowę nasadziwszy,
Szeroki uśmiech dotknął jego warg.

„Mustrum, idioto! Znów mącisz pokój
Z nieba spadając jak gwiazda!
Na darmo prawiłam, gardło strzępiłam,
Prosiłam: daj mi wreszcie święty spokój!”

To mówiąc, babcia obróciła się na pięcie
I do chatki swej zmierzać poczęła zawzięcie.
Mustrum Ridcully dźwignął się ciężko z kamienia
I za nią podążył, nieczuły na jej potępienia.

Gytha Ogg długo za nimi nie patrzyła,
Bo oczy swoje na dziewczynę zwróciła:
„Łyknij sobie, kochana, choć daleko do rana,
A rankiem ty w domu swym już będziesz.

Nie wiem, po cóż ty przyszła,
Chyba po to, by przyznać,
że tu u nas to dziwniej jeszcze, niż tam
Gdzie o nas czytasz – w książkach.

Nie zasypiaj na trawie,
bo to droga, jak prawię,
Najłatwiejsza by zniknąć
W umysłu lotnego przestworzach.

A wydostać się ciężko,
Ja to wiem, ty wiesz to,
Magrat wie, bo ona
Zawsze w marzeniach się miota.

Tak więc zamknij oczęta,
Co przeżyłaś – pamiętaj!
Choć i tak nie uwierzy
Nikt tobie.”

„Kiedy nie chcę ja wracać!
Chcę pozostać i po Lancre przechadzać się drogach!
Jednorożcom umykać, czarownictwa kosztować,
No i Greeba podrapać za uszkiem.”

Pośród śmiechu kobiety,
Której buzia – o rety! Wesołą rodzynkę na myśl przywodzi,
Wśród szumu listowia i dźwięku strumienia,
Obraz lasu powoli się odmienia.

Choć powieczki ściskała – rzeczywistość wygrała,
Bo już mara odeszła daleko.
Westchnęła głęboko, otwarła jedno oko,
Potem oba rozwarła oczęta.

W ogrodzie leżała,
Jak czytała – tak spała,
A wiatr silny kartki przerzucał,
Jak liście kolorowe w lesie je podrzucał.

Czy to sen był? Czy mara przyjemna?
Czy królestwo Lancre widziała na oczy własne?
Niemożliwe – tam była noc ciemna,
Tu dzionek między źdźbła trawy wlewa promienie swe jasne.

Czy nocka ciemna, czy dzionek jasny,
Dziewczyna znała wnętrze własne.
Książeczkę chwyciła, koc odrzuciła,
Napisać piosnkę na ten temat obmyśliła.

I choć wiersz nierówny czasem,
Choć rymu braknie, a rytm z rozpaczy wyje pod lasem,
Co widziała – zaśpiewała właśnie,
Momentami fałszując z tej radości strasznie!

Tak się kończy ta ballada,
O przygodzie mówi w śnie.
Jednak – czy to sen, czy jawa,
Jak już chcecie - oceńcie.

Autor: Ratharienn