świat dysku

Pogodynka


Ostatnio na forum

Zobacz więcej z kategorii: fan fiction

Fan fiction: Dysk z plasteliny

2011-09-15 21:44:33

Dysk z Plasteliny

Nie powinnam była lepić Dysku z plasteliny. Człowiek żyje sobie całkiem normalnie albo chociaż dostatecznie normalnie, aż tu nagle wpada znienacka na pomysł ulepienia Wielkiego A’Tuina, słoni na jego grzbiecie i płaskiego jak naleśnik Dysku. Z entuzjazmem zabiera się do roboty, a potem dość krytycznie przygląda się koślawemu skutkowi jego zmagań. Naburmuszony idzie spać, jako że w jego wyobraźni plastelinowe dzieło wyglądało o wiele ładniej. Poza tym nawet nie spodziewał się, że zabraknie mu szarej plasteliny i ostatecznie jeden ze słoni będzie musiał być różowy. I mimo, że ma ochotę zgnieść małą figurkę i wyrzucić ją przez okno, kładzie ją na półce, ponieważ stracił na jej wykonanie zbyt wiele czasu, by się jej teraz pozbyć. Zasypia zmęczony i niezadowolony.
Nie pomyślałam, że plastelinowa figurka może być brana za pomnik. A wiadomo, że pomniki stawia się, ku upamiętnieniu jakiś heroicznych czynów jakiś heroicznych herosów albo też ku czci, na przykład bogów. Plastelinowy, dość koślawy Świat Dysku – pomnikiem? Otóż to. Ku czci… samej narracji. Wiara powoduje początek istnienia. Świat Dysku istniał już przed plastelinowym pomnikiem, lecz teraz zaistniał dla tej konkretnej osoby. Znaczy dla mnie.
Rzeczywistość zachwiała się, a rozczochrana ja, śpiąca jeszcze przed chwilą smacznie na miękkim łóżku, teraz leciałam w dół na spotkanie z zupełnie realnym Dyskiem. Z zachwytem patrzyłam na ogromnego żółwia płynącego przez kosmos, na którego skorupie stały wielkie słonie, z czego jeden był różowy, a na ich grzbietach obracał się wolno skąpany w obłokach Dysk. Zachwyt znikł, gdy dotarło do mnie, że spadam z baaaaaaaardzo wysoka na baaaaaardzo twardy grunt. Zawsze chciałam znaleźć się w świecie, o którym tyle czytałam, lecz na niewiele mi się zda obecność na Dysku, będąc plackiem. Na dodatek martwym.
Leciałam w dół, desperacko każąc swojemu umysłowi wrócić do śpiącej mnie, którą wyczuwałam na granicy podświadomości. Nie udało się. Po pewnym czasie zorientowałam się, że nie jestem sama. Obok mnie spadała wysoka postać w czerni.
WITAM.
- ? – spytałam.
Dysk zbliżył się niebezpiecznie, aż przesłonił cały świat.

Było ciemno. Zamrugałam niepewnie, ale to nic nie dało. Co ja tu robię? I gdzie jest to konkretne „Tu”? Ach tak… Pamięć powoli wypełniała luki. Czyli to jest ta cała śmierć? Właściwie nie bolało.
- O! – powiedziałam, gdy zobaczyłam wysoką postać. – Pan Śmierć? Zawsze chciałam pana poznać!
Postać zdziwiła się najwyraźniej moim entuzjazmem, choć trudno do końca mieć pewność w przypadku szkieletu. Spod czarnego kaptura czaszka szczerzyła się do mnie, ale właściwie nie miała wybory.
TO JA.
- Czy właśnie umarłam? – spytałam. – Wiem, że to dość głupie pytanie, ale chcę mieć pewność.
TAK.
- Och – zdziwiłam się trochę, że w ogóle się nie przejęłam oznajmionym faktem. – To… co teraz?
TO WŁAŚCIWIE DOŚĆ NIETYPOWA SPRAWA. ROZUMIESZ, DOSTAŁEM PEWNE INSTRUKCJE…
- Od kogo? – wtrąciłam.
PO PROSTU DOSTAŁEM. oparł stanowczo Śmierć INSTRUKCJE TE MÓWIĄ O NIEJAKICH… WAKACJACH.
Zmarszczyłam czoło, nie rozumiejąc.
TWOICH WYMARZONYCH WAKACJACH NA DYSKU, TAK TAM BYŁO NAPISANE.
- Ale przecież ja nie żyję.
MIMO WSZYSTKO POWINNAŚ UDAĆ SIĘ NA TE WAKACJE. WŁAŚCIWIE TO NIE MASZ ZABARDZO WYBORU.
- Wakacje od śmierci? – spytałam zdziwiona, a po chwili dodałam wyjaśniająco. – Znaczy nie ciebie, rozumiesz… Bez urazy. Chodzi bardziej o stan śmierci.
ROZUMIEM.
- Czyli mam być duchem? Albo zombie?
OCH, NIE. ZNAJDZIEMY CI CIAŁO. NAWET NIE JEDNO… WŁAŚNIE O TO CHODZI, ŻE BIURO TURYSTYCZNE „DYSK – UMRZESZ = ZOBACZYSZ” OFERYJE TYLKO POŚMIERTNE WYCIECZKI DYSKOWE. ZNANI SĄ Z TEGO. MASZ PRAWO WCIELENIA SIĘ W JAKĄ TYLKO POSTAĆ ZECHCESZ…
Śmierć zaczął przeszukiwać kieszenie, najwyraźniej czegoś szukając.
O, JEST.
Podał mi stary dziennik i ołówek. W miejscu, gdzie inne ołówki mają zwykle gumkę, ten miał miniaturową kosę.
WYSTARCZY NAPISAĆ IMIĘ, NAZWISKO LUB PSEUDONIM WYBRANEGO BOHATERA, A SPOJRZYSZ NA ŚWIAT JEGO OCZAMI. BARDZO PROSTA OBSŁUGA. KIEDY JUŻ NIE BĘDZIESZ CHCIAŁA BYĆ DANĄ OSOBĄ, NALEŻY SKREŚLIĆ JĄ Z DZIENNIKA I NAPISAĆ KOLEJNĄ.
Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem.
Śmierć dosiadł Pimpusia.
- Śmierć – zawołałam go jeszcze, a jego oczodoły o błękitnym blasku spojrzały na mnie z uwagą. – Mogłabym prosić o autograf?

Wpatrywałam się zamyślona w dziennik. Kogo wybrać?
Nagle wpadłam na szalony pomysł… W końcu zawsze chciałam skosztować tabletek z suszonej żaby.
Chwyciłam ołówek i napisałam: KWESTOR.
Zerwał się silny wiatr. Świat zawirował… Chwyciłam się za niematerialną głowę i zamknęłam oczy.

Obudził mnie donośny krzyk. Zanim mgiełka sennych marzeń opuściła na dobre mój umysł, jakiś wewnętrzny instynkt pchnął mnie do biegu i dopiero po chwili zauważyłam, że jestem już w połowie starych i szerokich schodów, których nigdy wcześniej nie widziałam. O co tu chodzi…
- O! – dostrzegłam ogromne stopy oraz nadzwyczaj owłosione nogi i dopiero po chwili dotarło do mnie, że jestem ich właścicielką.
Szybko poprawiłam szatę, którą najwyraźniej próbowałam założyć śpiąc, ale nie bardzo mi to wyszło… Materiał opad do samej ziemi. Uff… Koszmarne nogi zostały jedynie wspomnieniem.
Po dłuższym badaniu okazało się, ze mam także wielkie dłonie, wielki nos i wielkie uszy. Byłam kwestorem.
- KWESTOR!
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że biegnę. Skręciłam za róg i niemal zderzyłam się z Ridcullym.
- KWEEESTOR! – wrzasnął mi do ucha, co spowodowało niejaki wstrząs w mojej głowie. – O, jesteś. Kwestorze, chciałem… Co to za notes?
- Dziennik – wydukałam.
- Co?
- Mój dziennik, nadrektorze – uzupełniłam.
- Nie wiedziałem, że piszesz dziennik.
- Bo nie piszę… - powiedziałam bezmyślnie.
Ridcully spojrzał jeszcze raz na stary dziennik, który trzymałam w ręku.
- Widzę, że masz nawet ołówek z kosą… - zauważył, po czym dodał jowialnym tonem - A jak tam tabletki z suszonej żaby? Nie skończyły się chyba?
- Nie, nie. Brałam… Znaczy się brałem dzisiaj, nadrektorze.
- Jest pan pewny, kwestorze? – spytał Ridcully ostro, jako że zauważył to „brałam”.
- Ja…
Ale Ridcully już mnie nie słuchał. Sięgnął do mojej kieszeni i po chwili ostrożnego grzebania (w końcu do kieszeń maga), wyciągnął tabletki z suszonej żaby. Chwycił moją dłoń i nasypał do niej całą garść.
Patrzył na mnie wyczekująco.
No cóż… Raz się żyje. Zastanowiłam się chwilę nad tym stwierdzeniem… Ja właściwie i tak już nie żyje. Tym lepiej. Poza tym być kwestorem i nie spróbować słynnych tabletek z suszonej żaby? Nonsens.
Połknęłam. Smakowały… zielono.
Mustrum przyglądał mi się uważnie.
- I jak się czujesz, kwestorze? – spytał.
Zastanowiłam się chwilę.
- Husiu, husiu, idzie pan galaretka? – spróbowałam.
Nadrektor uspokoił się wyraźnie.
- Czyli wszystko w porządku – powiedział zadowolony i przestał się mną interesować.
Zielona mgła usiłowała zawładnąć mym umysłem, ale dzielnie stawiłam jej opór i chwyciłam ołówek. Mój umysł próbował rechotać. Zatrzymałam rysik dwa milimetry nad papierem… To kto teraz? Może ulubiony krasnolud? Nie zastanawiając się dłużej, starannie skreśliłam kwestora i napisałam: CASANUNDA.

Otworzyłam oczy. To co zobaczyłam, było wystarczającym powodem, by natychmiast je zamknąć… Tak, zdecydowanie byłam Casanundem, drugim największym kochankiem na świecie. I właśnie znajdowałam się w sypialni.
Drzwi otworzyły się z trzaskiem i wbiegł zdyszany mężczyzna z mieczem. Był wściekły i nie trzeba było zbyt tęgiego umysłu, by odgadnąć, że powodem jego furii jestem ja. No i ta pani na łóżku, oczywiście.
Nie tracąc czasu, skreśliłam krasnoluda z dziennika i napisałam pierwsze, co przyszło mi do głowy.

Otworzyłam oczy. Świat zdawał mieścić w sobie rzeczy wyłącznie trzech kategorii: a) te, które można zjeść b) te, które się atakuje i c) te, które można zgwałcić. To był nowy sposób patrzenia na otaczającą mnie przestrzeń, ale zdawał się być nadzwyczaj prostym. W końcu gdyby nawet miało się wątpliwości, do której z grup zaliczyć daną rzecz, można było wypróbowywać wszystkie opcje.
Szłam przed siebie, krokiem mówiącym, że władam całym światem, a już na pewno tym konkretnym kawałkiem podłogi. Rzuciłam wyzywające spojrzenie napotkanemu krzesłu, gdyż mogło nie przypadkiem zaliczać się do kategorii b. Nie doczekując się żadnej reakcji, ruszyłam dalej na poszukiwanie czegoś spod literki a.
- Greebo! – zawołała niania Ogg. – Gdzie się podziewałeś, ty wielki pieszczochu?
Spojrzałam w górę, skąd patrzyła na mnie pomarszczona twarz niani, uśmiechnięta od ucha do ucha, albo i szerzej.
- Miau? – spytałam. Niania Ogg była wyjątkiem, nie mieszczącym się w żadnej z trzech kategorii. - Kiciuś jest głodny?
Zamruczałam potwierdzająco.
Ruszyłam za nią do kuchni. Niania Ogg wyciągnęła mleko i już prawie nalałam mi na spodek, gdy w ostatniej chwili zawahałam się. Zastygła w bezruchu, spojrzała na mnie uważnie, po czym odstawiła butelkę. Jeszcze raz skierował wzrok na mnie. Gdybym była sobą, prawdopodobnie wierciłabym się teraz nerwowo pod jej spojrzeniem, ale byłam przecież kotem. Spoglądałam więc tylko wyczekująco.
Niania uśmiechnęła się nagle. Podeszła do regału i wyciągnęła stamtąd… coś, dla którego najlepszym określeniem byłoby „mięsowate”. Nadal uśmiechnięta wsypała to do miski i podstawiła mi pod nos.
Moja kociowatość mruczała zadowolona, gdy tymczasem mnie mdliło od zapachu podanego mi paskudztwa. Kiedy wewnętrzny, a właściwie zewnętrzny, kot chciał już zanurzyć zęby w niezidentyfikowane coś, należące do grupy a, moje ludzkie ja, powstrzymało go czym prędzej. Nie uszło to uwadze niani.
- Ha! – rzekła tryumfalnie – Nie jesteś Greebem! Prawdziwy Greebo rozprawiłby się z tą porcją raz dwa. Pozostaje tylko pytanie, kim w takim razie jesteś?
- Miau – odpowiedziałam, zdając sobie sprawę, że to niewiele wyjaśnia.

Nigdy nie dowiedziałam się, co by było, gdybym została wtedy w domu niani, przemieniła się w ludzką postać Greeba i opowiedziała jej całą historię… Nie, zaraz, zaraz. To musiała być jakaś złośliwa myśl innej ja z równoległego wszechświata. Skąd się tu wzięła w postaci powyższego zdania? Kto wie? W każdym razie prawda jest taka, że rzeczywiście zostałam, przemieniłam się i opowiedziałam.
Niania Ogg siedziała przy kominku, pykała z fajki i przysłuchiwała się mojej opowieści.
- Więc w twoim świecie są książki o nas? Niesłychane – powiedziała, gdy skończyłam. – Choć właściwie, gdyby się tak zastanowić, każdy z nas jest bohaterem jakiejś powieści.
Uśmiechnęła się.
- Pośmiertne wakacje, tak? Pewnie chciałabyś zwiedzić Lancre – stwierdziła.
- O, tak – oczy zabłysły mi jakimś wewnętrznym blaskiem. Spróbowałam stłumić odruch mruczenia. - No to chodźmy – oprała wesoło niania Ogg i dodała. – Może lepiej jako kot.
Przytaknęłam. Skoncentrowałam się i po chwili spadłam na cztery łapy, dumnie wznosząc ogon.
I tak kocimi oczami zobaczyłam Lancre.

Dziennik leżał nienaruszony przy krześle, czyli w miejscu mojego przybycia do ciała Greebo. Ołówek znalazłam pod kredensem. Znów byłam w ludzkiej postaci, jako że przy pisaniu warto mieć przeciwstawny kciuk. Skreśliłam Greebo i napisałam, co napisać chciałam.

Otworzyłam oczy. Według quizu na pewnej wspaniałej stronie internetowej, poświęconej twórczości i osobowości Sir Terrego Pratchetta, była to postać, którą najbardziej przypominałam. Może to i racja, ale na pewno nie ze względu na wygląd. Zdecydowanie byłam mniej owłosiona i pomarańczowa. Nosiłam też ubranie. Choć żeby być sprawiedliwym, można dodać, że osobnik, w którego tym razem się wcieliłam, nosił czasem szlafrok, zaraz po myciu. Nowością, bardzo przydatną zresztą, były dwie pary kciuków, których wcześniej nie posiadałam, jak można się domyślić.
Podobieństwa między mną a tymże orangutanem, jeśli takowe istnieją, znajdują się w charakterze, tudzież sposobie bycia. Czasem uukam, lubię banany, fistaszki zresztą też. Kocham książki.
Tak więc nie tyle, nie opuszczająca ciało małpy, bibliotekarzowatość, ile moja naturalna zuziatowatość patrzyły teraz z wspólną miłością na ciągnące się szeregi regałów pełnych książek. Pogłaskałam kilka z czułością po grzbiecie. Potem podeszłam do biurka i niemal automatycznie sięgnęłam po jednego banana z bananowego stosu. Potem poszłam zwiedzić Ankh-Morpork.

- Kiełbaski w bułce! Świeżutkie! Świnia jeszcze nie zauważyła, że zniknęły! – wołał Gardło Sobie Podrzynam Dibbler.
- Uuk.
Dibbler podał mi jedną kiełbaskę.
- Jedyne piętnaście pensów i gardło sobie tym podrzynam.
Spróbowałam ostrożnie kiełbaski w bułce, jakby zawierała w sobie bombę. Ugryzłam kawałek. Skrzywiłam się. Uff… miałam już to za sobą. Wyrzuciłam niedojedzoną resztę. Punkt – spróbować słynnych kiełbasek w bułce G.S.P. Dibblera – zaliczony.

Komendant Straży Miejskiej Ankh-Morpork Sir Samuel Vimes szedł ulicą, gdy nagle wyrósł przed nim pomarańczowy pagórek.
- Uuk – powiedziałam uprzejmie i uściskałam mu rękę.

Drumknott próbował zatrzymać niespodziewanego przybysza, ale trudno jest tego dokonać, gdy przybysz jest orangutanem.
Vetinari uniósł głowę znad papierów, gdy drzwi zamknęły się, a ja stanęłam uśmiechnięta przy jego biurku. Nie był to może zbyt miły uśmiech, jako że odsłaniał zżółkłe kły, ale starałam się.
- Uuk.
- Autograf, powiadasz?

Kiedy wróciłam do biblioteki NU było już późno w nocy. Wzięłam w rękę dziennik. Nie można wiecznie tułać się od jednego ciała do drugiego. Zabierać komuś życie na parę godzin, być jak pasożyt. Westchnęłam i przypomniałam sobie słowa Niani Ogg Każdy z nas jest bohaterem jakiejś powieści…
Z lekkim żalem napisałam: ZUZANNA CIOSMAK.

Obudziłam się. Była noc. Leżałam na swoim łóżku w pokoju. Czy to wszystko było snem? Spojrzałam podejrzliwie na figurkę Świata Dysku z plasteliny… A właściwie na miejsce, w które ją odłożyłam. Półka była pusta.
To były wspaniałe wakacje, nieważne czy były rzeczywiste. Coś przykuło mój wzrok… Obok mnie leżał sobie, jak gdyby nigdy nic, ołówek z miniaturową kosą.

Autor: Nobby Nobs