świat dysku

Pogodynka


Zobacz więcej z kategorii: fan fiction

Fan fiction: Przepięcie

2011-09-16 23:03:44

Przepięcie


„Oszalało miasto całe, nie wie starzec, ni wyrostek,
Czy to Post jest Karnawałem, czy Karnawał Postem?”
Jacek Kaczmarski, Wojna Postu z Karnawałem



No dobrze… Gdyby móc zadać Wszechświatowi jakieś konkretne pytanie, ludzkość zagubiłaby się w nieskończonych niczym adresat kłótniach o treść tegoż. To właśnie niezliczona ilość zagadnień, jakie zadaje się światu, czyni życie tak fascynującym. Po co tu jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Czy jesteśmy dobrzy? A, skoro już o tym mowa, czy jesteśmy na tyle źli, żeby nie móc pozwoli sobie na kilka dodatkowych eksperymentów na zwierzętach?

Jakie to szczęście, że większość pytań, rzucanych w kosmiczną pustkę, jest na tyle przyziemna, że nie powinna nadmiernie rozdrażniać otchłani Absolutu. Myślę, że bierze się to z ostrożnego założenia, że nadmiar pytań mógłby doprowadzić do irytacji Uniwersum, a nie ma co drażnić kosmicznych przestrzeni, dysponującej potężnym arsenałem ognistych komet, meteorów wielkości planety, nie wspominając już o czarnych dziurach – Wielkim Odkurzaczu Boga. Mając to na względzie, oraz mało nobliwą sytuację wynikającą ze zwykłego wyjazdu na kilkudniowy wywczas, wznosząc oczy ku Niebiosom, pytałem retorycznie…

Dobrze, gaz zakręciłem, gorzej może być z wodą, szczoteczka do zębów… szlag, nie pamiętam jak sprawy się mają z pastą, ostatecznie nie kosztuje miliardów, więc nic się nie stało, no ale co ze skarpetkami, w końcu jak kiedyś zapomniałem musiałem chodzić z odkrytymi palcami u stóp, a wówczas czuję się jak idiota, a czy zakręciłem wodę, bo jeżeli znowu zacznie kapać temu kretynowi na głowę, to znów czeka mnie rozmowa face to face z jego cuchnącymi zębami, a skoro już o tym mowa, co z tą szczoteczką?

I tak dalej, i tak dalej…

Takie pytania siłą rzeczy kłębią się po głowie każdego, opuszczającego domowe pielesze, choćby na kilka dni. Aż dziwne, że nasz mózg przystosował się na tyle, że nie sprawdzamy tego wszystkiego, wychodząc do sklepu po gazetę. Choć na moje usprawiedliwienie niech zabrzmi fakt, że mój kilkudniowy urlop postanowiłem przeznaczyć na nie byle co. Oczywiście, w zależności od filozoficznej metodologii, być może wcale nie jechałem na żaden wywczas…

No właśnie, to zapewne będzie naczelnym problemem, kiedy zjawię się na tym, jakże szeroko zachwalanym, Plenum Filozofii Nowoczesnej w Berlinie. Oczywiście, jeśli tylko zdążę na autobus…

***

Mustrum Ridcully błyskawicznie zerwał się ze swojego gargantuicznego łoża, kiedy potężny wybuch wstrząsnął posadami Niewidocznego Uniwersytetu. Dla niewprawnego oka jego zachowanie mogło wyglądać niczym te, które reprezentują służby mundurowe podczas ćwiczeń – seria błyskawicznych, niemalże wyuczonych zachowań, które nigdy nie mogą się pojawić u przeciętnego śmiertelnika, obudzonego w środku nocy. W rzeczywistości, pominąwszy pewne podobieństwo karmazynowej szaty maga do munduru, nikt nie zostaje na dłużej nadrektorem, jeśli nie potrafi w przeciągu siedmiu sekund uzbroić się w swój służbowy kapelusz i, nieco mniej oficjalne, dwie potężne kusze.

Kiedy wybiegał na korytarz, przeklinając pod nosem panujący chłód, budynek wypełniał się już tymi magami, dla których również refleks był synonimem słowa „przetrwanie”. Wiele nie myśląc, nadrektor wraz ze swoimi podwładnymi skierował się w stronę źródła dźwięku.

- Może mi ktoś wyjaśnić, co się do demona dzieje na moim uniwersytecie!? – huknął, zwracając się w stronę kształtu, chyżo dotrzymującego mu kroku.

- Uuk.

- Nie, te wszystkie niehigieniczne zabawki Stibbonsa są po drugiej stronie – warknął w biegu Ridcully, starając się wyprzedzić futrzasty kształt. – Jeżeli któryś z moich magów znowu eksperymentował z Piekielnymi Wymiarami, to ostrzegam – będą kłopoty!!! Niech no ja tylko…

Przerwał, gdyż naprzeciw niego pojawiła się rozmazana, czerwona plama, sunąca ku niemu z niespotykaną prędkością. Ridcully cudem tylko uniknął zderzenia z pędzącym ku niemu kształtem, przypadając do kamiennej ściany.

- Co to było, na Io?! – zapytał, jednocześnie celując kuszą w zygzakującą formę. Kiedy miał już nacisnąć spust, owłosiona, brązowa dłoń błyskawicznie chwyciła go za nadgarstek i z nieludzką siłą ściągnęła jego wielką dłoń ku ziemi.

- Uuk. – wyjaśnił bibliotekarz. Ridcully zmrużył oczy w zamyśleniu, jednak na skutek błyskawicznego zderzenia kilku odpowiednich neuronów, chwycił orangutana za długą kończynę i przyciągnął ku sobie, bowiem kolejny, znacznie większy kształt pędził, doganiając pierwszy. Był nieco wolniejszy, zatem dało się dostrzec setki małych nóżek, wystających spod tajemniczej figury.

- Przynajmniej wiadomo, skąd dochodził ten przeklęty wybuch – mruknął nadrektor i skierował się ku kwaterze Rincewinda. Bibliotekarz, uukając nerwowo, podążył za nim.

***

Jeżeli Życie jest równe Nieżyciu, to czyż Bezżycie nie byłoby warte Nadżyciu? Czy Istota, obdarzona Duchem, jest obdarzona Materią w tym samym stopniu w jakim Bezczas jest obdarzony czymś, co można tylko wyrazić jako Densinndeslebensdurchdenverzehrvonabgestandenemerdbeereausgedrückt? Czy zatem jest możliwe…

Niewykluczone. Na lekturach Hermanna von Spielenbaucha upływał mi czas w cuchnącym starym pijakiem autobusie, wiozącym mnie do Berlina. Być może dzięki wizycie w Centrum Filozofii Nowoczesnej (ZMP) będę w stanie dowiedzieć się czegoś więcej o świecie. Na przykład, dlaczego wciąż trapi mnie myśl o tej nieszczęsnej wodzie, którą zakręcałem bodaj milion razy, dzięki czemu wydałem jedną dziesiątą swoich oszczędności na taksówkę, kiedy spóźniłem się na autobus?

Choć muszę przyznać, że ten dzień, spędzony pośród znanych person współczesnej filozofii – w tym samego Spielenbaucha, choć wątpię, bym mógł od niego usłyszeć więcej niż pojedyncze zdanie (to w końcu tylko jeden dzień) – wywoływał u mnie przyjemne uczucie intelektualnej podniety. Na miłość boską, jakże przyjemnie oderwać się w końcu od nierzeczywistych obrazów, serwowanych przez nieustająco nudną telewizję (choć Apfeldurch wspomina, że za ekranem kineskopu czai się Einescharhühnerjagdfürerbsen, więc może się mylę) oraz szarość dnia codziennego.

Berlin, Berlin, jak śpiewała boska pani Dietrich. Kiedy wysiadłem z autobusu, niczym olbrzymowi spod pachy, poczułem tę orzeźwiającą woń, otaczającą stolicę współczesnej filozofii. Niczym w podskokach pędziłem ku drzwiom ZMP, ciesząc się każdą chwilą spędzoną z najwybitniejszymi umysłami naszych czasów. Mater tua criceta fuit, jak pięknie napisał Defflendorf w swojej rozprawie o nowej metodologii filozofii idealistycznej Hegelbrocha. Mater tua criceta fuit.

Gdy przekraczałem progi szacownego Centrum, poczułem nagle wstrząs na całym ciele, jakby jakiś złowrogi duch chciał mi wyrwać wszystkie wnętrzności z mojego kruchego korpusu. Wzdrygnąłem się z obrzydzeniem, kiedy niezwykle głośny trzask w uszach sprawił, że niemal zgiąłem się wpół. To z przemęczenia, powiedziałem sobie, zataczając się jak pijany w kierunku potężnego portalu Centrum. Kiedy otworzyłem ciężkie, drewniane wrota, już niemal słysząc krzyki debatujących ze sobą Mistrzów Mądrości, wszystko zalało nagle jasne światło i poczułem się, jakby wpadał do samego środka Nicości…

***

Świat Kuli stał na zagraconym biurku profesora okrutnej i niezwykłej geografii. Świecił się niepokojąco i lekko dymił, kiedy otoczyli go magowie. Pierwszy prymus syknął cicho, kiedy pojemnik ze światem sparzył go w palec podczas empirycznej próby – immanentnej dla każdego prawdziwego maga – szturchnięcia.

Pokój Rincewinda wyglądał jak gigantyczna armata, która właśnie wystrzeliła kulę. Siła kinetyczna, która wystrzeliła lokatora pomieszczenia, kierowanego instynktownym tchórzostwem, była tak wielka, że poprzewracała wszystko, łącznie z Wielkimi, Nudnymi Kamieniami, które w wolnej chwili służyły Rincewindowi za niewygodne pufy. Ignorując te fakty, Ridcully przyjrzał się nieufnie stojącej na zdezelowanym biurku błyskotce.

- Jeżeli znowu czeka nas majstrowanie przy tym nudnym świecie, to ostrzegam!!! – nadrektor zwrócił się do świata jako całości, rychło jednak ogniskując swój gniew na konkretnej osobie. Było oczywistym, że jeżeli ktoś znowu majstrował przy Kuli, należało za to obwiniać tylko jednego człowieka.

- Stibbons!!! – ryknął Ridcully.

- Stoję za panem, nadrektorze – młody mag wychynął zza niedźwiedziowatego kształtu swojego pryncypała, trzymając dłonie przy obolałych uszach. Ridcully odwrócił się błyskawicznie, miotając pioruny błękitnymi oczami.

- No to nie stój tak sobie za mną, człowieku, tylko bierz się do roboty!!! – nadrektor tracił cierpliwość niczym fretka ze świerzbem. – Rincewind coś przy tym majstrował? Myślałem, że trzyma to tylko dla ozdoby!

Myślak Stibbons wyjął z kieszeni koszuli nocnej thaumometr (wiele mówi o danej osobie to, co trzyma w swojej bieliźnie) i przez chwilę przyglądał się mu badawczo. Wybiegł po paru minutach. Magowie znacząco spojrzeli po sobie, po czym podreptali za nim.

Kiedy go dogonili, młody mag gorączkowo sprawdzał coś przy uniwersyteckiej machinie myślącej. Odwrócił się, gdy usłyszał resztę ciała akademickiego, wtaczającego się do budynku Magii Wysokich Energii. Jego policzki płonęły interesującą purpurą.

- HEX twierdzi, że nastąpiło przepięcie, nadrektorze – oznajmił niepewnie.

- Mów jaśniej, młody człowieku, jest druga w nocy!!! – huknął Ridcully.

- Niestabilność strukturalna wywołana przypadkową fluktuacją i niewielkim kolapsem rezonów wewnątrz… - urwał widząc zmrużone oczy nadrektora. – Głównie chodzi o to, że… wie pan, jak działają kręgi zbożowe, kiedy rzeczywistości niebezpiecznie się do siebie zbliżają?

- To coś ze spodniami, prawda? – podejrzliwie zapytał Ridcully. – To strasznie niehigieniczne…

- Coś w tym stylu, nadrektorze – odparł pospiesznie Myślak. – Więc, ogólnie, chodzi o to, że nastąpiło… eee… no więc… hmm…

- Świetnie. To wiele wyjaśnia - burknął wykładowca run współczesnych. – Czy nie można poczekać z tym do śniadania?

***

Budynek się zmienił. Piękna, gotycka fasada pozostała bez zmian, być może za wyjątkiem olbrzymiego białego łuku w kształcie litery U, wymalowanego białą farbą nad zakończonym ostro portalem. Przez środek łuku przechodziła cienka czarna kreska, tworząc coś w stylu makabrycznego uśmiechu. Otrząsnąłem się. Być może nie zauważyłem tego, podobnie jak smrodu, który nagle wykwitł w pełnej krasie, atakując mój zmysł powonienia. Wokół mnie ucichł nagle gwar berlińskiej metropolii. Stałem po kostki w błocie. Co się dzieje?

Uspokój się, powiedziałem sam do siebie. Być może to nagłe zawirowania percepcji rzeczywistości, jak zauważył kiedyś von Klinkerhopen. Być może świat nie jest cały czas taki, jak przekazują nam jakże mylne cielesne organy. Może doznałem nagłego, ale niegroźnego ataku serca, dzięki któremu… A może zwyczajnie zwariowałem?

Moje rozważania, całkiem bliskie paniki, przerwał nagle skrzyp otwieranych drzwi. Potężne skrzydło uchyliło się na ułamek promienia, tworząc wystarczającą szparę, by mogła się przecisnąć przez nią jedna osoba.

- Zapraszamy, przyjacielu – powiedział chropowaty głos ze środka. – Czekaliśmy na ciebie.

Wszedłem w bramę. Chwilę potem spadło mi na głowę wiadro z wodą.

***

- Chcesz powiedzieć, Stibbons, że jakiś mieszkaniec Kuli błąka się teraz po Dysku? – warknął Ridcully, przeżuwając pieczoną gęś.

- I na odwrót, nadrektorze – Myślak podłubał w zamyśleniu widelcem w swojej potrawie. – HEX twierdzi, że nastąpiło jakieś wyjątkowe zerwanie zabezpieczeń, izolujących nasz świat od tego – mówiąc to, puknął lekko w stojący przed nim przedmiot.

- To niehigieniczne.

- Szczęśliwie, HEX potrafi zlokalizować położenie tych nieszczęśników po ich kodzie thaumicznym. Lada moment powinienem otrzymać informację o ich położeniu, a potem pozostanie tylko, że się tak wyrażę, zamienić bieguny.

Nadrektor potrząsnął głową z dezaprobatą.

- Za moich czasów każdy wiedział doskonale, w którym wszechświecie powinien się znajdować… Może poza kwestorem – dokończył pospiesznie.

- Znajdziemy ich, nadrektorze. To tylko kwestia paru chwil.

- I dobrze. Zuch. To strasznie niehigieniczne, powtarzam, tak błąkać się po nie swoim świecie.

***

Postać, która pomogła mi wstać z bruku, wyglądała niczym monstrum z najstraszniejszego koszmaru. Jaskrawy, bordowy makijaż wykrzywiał jego śmiertelnie białe lico w makabrycznym uśmiechu, a czarne kreski wokół oczu zdawały się żyć własnym życiem, wyginając się w skomplikowanych tańcach na łysej głowie. Całości dopełniał kolorowy kostium, sprawiający wrażenie, jakby ktoś poskładał go z wielu, niedopasowanych do siebie części. W ręku dzierżył małą parasolkę.

- Witaj, witaj serdecznie – zaświergotał, odsłaniając pożółkłe zęby. – Spodziewaliśmy się ciebie nad rankiem, ale jak to mówią: „Przyjazne wiadro nie zna dnia ani godziny”, nieprawdaż? Ha ha.

W jego głosie nie było ani cienia wspomnianej serdeczności, ale rozpoznając parafrazę cytatu Hansa Eheniera, odwzajemniłem uśmiech, gdyż nagle zdałem sobie sprawę z istoty Rzeczy.

- To to jest ta nowoczesna szkoła? – zapytałem, strząsając z siebie wodę. W tej chwili stało się dla mnie jasnym, dlaczego ZMP witało nowoprzybyłych strumieniem chłodnej cieczy. Pantha rei we współczesnym wydaniu, zmywające ze mnie brudy przeszłości i otwierająca drogę ku światłu Nowego Ducha. Bo, czyż Aathulsier nie wypominał Wdalduchowi, że Niczem jest wobec Wprzódducha? Czyż nie jest to pięknie pokazana zasada uroczystej ablucji duchowej? Mentalnych postrzyżyn, które tylko Matka nasza, Woda, zmyć może?

Przywitałem się serdecznie z moim Wergilim, kiedy kolejny wstrząs przeszył mi dłoń.

- Nazywam się Babba – oznajmiła postać, pomagając mi wstać po raz kolejny i ukazując urękawiczoną dłoń, na wnętrzu której znajdował się metalowy krążek, jeszcze połyskujący elektrycznym wyładowaniem. – To chochliki z Überwaldu, bardzo lekkie i przydatne, gdy trzeba wymienić przyjazny uścisk dłoni. Ha ha.

- Miałeś na myśli gremliny z „Ausgewissensteigen” Hoppego? – zapytałem, rozmasowując obolałą dłoń. – Nie do końca byłem w stanie zrozumieć, w jaki sposób Hoppe może twierdzić, że krążą one po Bezkresie Ducha, ciągnąc czarne smugi Niebytu… ach, aż do teraz – zakończyłem, wykrzywiając usta w uśmiechu pełnym Oświecenia. Babba zrobił to samo, ukazując pełnię Krzywego Uzębienia, jednak nic nie było w stanie zmieść mojej euforii. Oto filozofia! Oto prawdziwe oblicze Bycia!

- No… - Babba podrapał się po kępce pomarańczowych włosów, wystającej z czubka głowy. – W każdym razie, spodziewaliśmy się ciebie nieco później, ale jak mawia stare porzekadło, nigdy nie wiesz, kiedy na drodze trafi się banan. Chodź, oprowadzę cię.

- Niesamowite – odparłem, próbując w drodze przez kazamaty budowli rozgryźć Sens owego powiedzenia, ale nie mogąc na chwilę obecną odnaleźć nic, co naprowadziłoby mnie na odpowiedni trop, być może za wyjątkiem „Gutentotmeinliebchen” van Moostzchego, postanowiłem odłożyć to na później.

- Doktor wspominał o tym, że nobliwa rodzina z Efebu ma przysłać do nas swojego wychowanka, jak jednak rozumiem, miałeś się zjawić nieco później – paplał Babba, przechodząc obok wielkiej rzeźby różowego tortu. – Jak rozumiem, nie dla nas wszystkich czas leci tak samo? Ha ha.

- Zaprawdę – odparłem, poruszony monumentalnym posągiem, prawdopodobnie będącym odniesieniem do Upadku w Świat Konsumpcyjnego Ducha. – Tak twierdził Biedenhopfkopf i zawsze zdawało mi się, że nie rozumiem jego myśli. To niesamowite, jak łatwo daje się tu przyswajać wiedzę. Musieliście pewnie długo nad tym pracować, prawda?

- Eeee… Doktor jest bardzo skrupulatny, jeśli chodzi o cotygodniową ilość zużytych tortów i budyniu, jeśli o to chodzi… - drapiąc się po głowie, objaśnił Babba.

- Ach, to dlatego wszystko wygląda jak cyrk, nieprawdaż? – wykrzyknąłem, wskazując pomarańczową kopułę, dumnie dryfującą nad potężnym budynkiem – Muszę przyznać, że te gotyckie flanki świetnie pasują do tej kurtyny fikcji, otaczającej prawdziwy świat. Niesamowite.

- Tak. Kapitalne. Ha ha – mruknął mój przewodnik, rozglądając się nagle nerwowo.

- A to jest całkiem śmieszne – dodałem, wskazując na obracające się kolorowe koło. Do urządzenia, postawionego pionowo, przyczepione były rzemyki, niczym w tych konkursach, urządzanych przez kowbojów, z rzucaniem nożami w indiańskie dziewice.

Babba zatrzymał się jak wryty. Odwrócił się gwałtownie, patrząc gniewnie przekrwionymi oczyma.

- Nic. Co. Tu. Robimy. Nie. Jest. Śmieszne. Rozumiesz? – wycedził przez zęby, skandując każdy wyraz. – Doktor pokładał w tobie mnóstwo nadziei, ale widzę, że musisz się jeszcze sporo nauczyć. Pętaku. Ha ha.

Obok nas zakwakała kaczka.

- Rozumiem – spuściłem głowę. – Jak mogę uleczyć ową ranę, poczynioną Sztuce?

Babba zmrużył oczy. Westchnął ciężko, szarpnął mnie za pasek od spodni i nalał do środka całe wiadro pachnącego wanilią budyniu.

***

- Na miłość bogów, gdzie go wysłało, Stibbons?

- Proszę się uspokoić nadrektorze. To właściwie szczęśliwie się składa, że przepięcie rzuciło nim w samo centrum Gildii Błaznów. Przynajmniej, jeśli nawet zachowa jakieś wspomnienia, nikt mu nie uwierzy.

- No tak. No tak. Rozsądna uwaga, chłopcze. Ciekawe, jak ten drugi…

***

Człowiek, którego nazwali Doktorem przyglądał mi się zza białego niczym oblicze śmierci makijażu. Chudą dłonią gładził małego mopsa, ubranego w klaunowski strój.

- Zdaję sobie sprawę, mój chłopcze – syknął głosem niczym pomiot szatana. – Że w tym waszym Efebie…

- Łebie, proszę pana – mruknąłem. Skąd on w ogóle wiedział, gdzie mieszkam? Ot, siła dedukcyjnego myślenia, zgodnie z zasadami starej, dobrej, niemieckiej szkoły.

- Mniejsza o akcent – warknął Doktor. – Ale, jeżeli dobrze słyszałem, macie tam tych… no, tych filozofów, co to biegają ciągle bez ręcznika i w przeciwieństwie do nas wzbudzają masę… - wzdrygnął się znacząco - …śmiechu. Ale tutaj… Tu nie paramy się waszą… zabawną… filozofią.

- Tak, proszę pana. Właśnie zacząłem pojmować sens waszego działania. Rozważmy na przykład buty… - wskazałem na jego białe niczym śnieg obuwie, przynajmniej o dziesięć numerów za duże.

- Co z nimi?

- Mawia się „przejdź milę…” i tak dalej, prawda? Jak widzi to Parnaviste, w Stopie Świata ukryta jest Moc, która nigdy się nie kończy. Czyż można stworzyć doskonalszą metaforę, pokazując, ile pustej przestrzeni kryje się w pańskim obuwiu? Przestrzeni Nieskalanego Ducha? Ha ha ha, to nawet zabaw…

Doktor ryknął w furii. Wstał gwałtownie, strącając pieska, który upadł, wydając przy tym dźwięki dziecięcej zabawki.

- Na Koło Uciech z nim!!! – wrzasnął, dźgając mnie cienkim palcem.

Chwilę później wisiałem już na wspomnianej maszynerii, a podopieczni Doktora miotali w mnie tortem. Prawdopodobnie miałem coś przez to zrozumieć. Być może chodziło o zderzenie się z Pokusą Materii von Vonbracha…

***

- Mam go, nadrektorze! Kazałem HEX-owi ustawić parametry. Przerzut nastąpi lada chwila.

- Zuch.

***

Światło. Mrowienie. Ciemność i znowu światło. Dziwne uczucie, kiedy zamiast kolejnego tortu moją twarz owionął chłód. I znowu stała się Światłość.

Pierwszym co usłyszałem, były oklaski. Prawdziwa wrzawa.

Otworzyłem oczy. Przede mną stało całe grono nobliwych ludzi w garniturach, oklaskujących mnie. Budynek z przerażającym Doktorem wewnątrz zniknął gdzieś, zastąpiony piękną salą, wypełnioną elektrycznym oświetleniem.

Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy był budyń. Całe to dostojne towarzystwo stało skupione, wokół mojej osoby, a ich drogie garnitury były w całości poobklejane różową masą. Wszyscy, poza jednym, którego dłoń nosiła ślady oparzeń, bili brawo. Mnie.

- Doskonałe, przyjacielu – przemówił jeden z nich, starszy pan z brodą godną Boga. – Dopiero ty pokazałeś nam, w jaki sposób winniśmy patrzeć na dylematy współczesnej filozofii.

- O tak - zawtórował mu inny nestor. – Szczególnie ten numer z budyniem w spodniach otworzył mi oczy na lekturę Feyerbandha. Doskonałe, przyjacielu, że się powtórzę za szacownym kolegą, prawdziwą radość sprawia mi przebywanie z tobą pod jednym dachem!!!

Zamrugałem oczyma. To nie było zabawne.

Autor: Aeshtir