Zobacz więcej z kategorii: fan fiction

Fan fiction: praca bez tytułu

2011-09-19 09:57:31

A niech to, że też nie mam takiej wiedzy jak Kinga, śmigałabym po ulicach niczym Vimes - pomyślała, rozglądając się dookoła. Chociaż ulice Ankh-Morpork aż biły po oczach różnorodnością budynków, straganów i ludzi, jej wszystko wydawało się identyczne. No, z wyjątkiem Niewidocznego Uniwersytetu. Z pewnością nie była osamotniona w tym poczuciu – każdy kto dopiero co trafił do tego miasta musiał poczuć się jak w labiryncie, dodajmy to tego niespecjalnie czystym. A ona trafiła tam w dość niecodziennych okolicznościach.
*
Wszyscy zakręceni fani twórczości jakiegokolwiek pisarza chociaż raz marzyli, by przenieść się do przedstawionego w jego lub jej książkach uniwersum. W tych marzeniach oczywiście spotyka się ukochane postacie, nawet lepiej: przeżywa się z nimi przynajmniej jedną przygodę i w ostateczności zostaje się ich największym przyjacielem.
Ona nie stanowiła wyjątku. Pochłaniając powieści Terry’ego Pratchetta zachwycała się światem Dysku. Nierzadko płakała ze śmiechu czytając to żale prześladowanego przez pech Rincewinda, to cyniczne uwagi Vimesa, to sprośne żarty Niani Ogg. Rozpływała się nad dyskusjami prowadzonymi przez Babcię Weatherwax, Vetinariego czy Śmierć. O tak, marzyła by spędzić tam chociaż jeden dzień, mieć okazję porozmawiać z jakąkolwiek postacią, najlepiej z tą ulubioną, zobaczyć choć ułamek tego pięknie pokręconego świata na własne oczy. Każdy szanujący się fan Pratchetta rozumie takie marzenie i sam trzyma podobne głęboko w sercu. Tego typu myśli zawsze pachną cynamonem, smakują jak kremówki i wyglądają jak rozpływająca się właśnie na tej kremówce czekolada. W skrócie: są wspaniałe, przynajmniej dla wielbicieli słodyczy. Niestety takim fantazjom brakuje jednego: świadomości, że marzenie gdy staje się realne, rzeczywistości oprócz wszelkich wspaniałości nie brakuje także okrucieństwa i brudu.
*
- Łał, ona rzeczywiście jest gęstsza od budyniu! – szepnęła do siebie z zachwytem, widząc unoszącą się po powierzchni Ankh cegłę. Szybko jednak o niej zapomniała i odsunęła się od barierki mostu, gdy bąbel powietrza wydostał się z cieczy o wyższym stopniu wtajemniczenia tuż pod nią a cząsteczki tlenu poniosły razem ze sobą zapach. Prawdę mówiąc, użycie tego rzeczownika obrażało wszelkie kwiaty, o których w końcu mówi się że mają określony zapach. Omal nie zwymiotowała, czując woń, która z łatwością położyłaby na kolana wszystkich pracowników usług wywozu nieczystości z jej świata.
Szybko ruszyła zatłoczoną ulicą. Znów poczuła się zagubiona. Była w kompletnie nieznanym jej miejscu, mijali ją nieznani ludzie. Nawet niebo było inne od tego które znała… Pokręciła głową, zaciskając pięść. Daj sobie spokój z dołującymi myślami! Zobacz gdzie jesteś: w Ankh-Morpork! Mieście tak fikcyjnym jak tylko można, stworzonym przez Pratchetta! A ty tu jesteś: ciesz się! Uśmiechnęła się do siebie, czując nową falę entuzjazmu. Prawie jak Dwukwiat…
Właśnie! Uśmiechnęła się jeszcze szerzej na myśl, że istnieje wielkie prawdopodobieństwo spotkanie jakiejś stworzoną przez Pratchetta postaci. Może kogoś z Niewidocznego Uniwersytetu? Nie, prędzej jakiegoś członka Straży. Może Colona, albo Nobby’ego? Oni powinni gdzieś się kręcić. Szkoda że nie przeniosło razem ze mną aparatu…
Strumień radosnych myśli przerwało ssanie w żołądku. Niezadowolona przypomniała sobie, że zanim przeniosła się na Dysk, nie zdążyła niczego wziąć. Oprócz masy radości i pustego żołądka. Usiadła na w miarę czystej części krawężnika i z nadzieją zaczęła grzebać w kieszeniach. Komórka, nie da się zjeść. Wielokrotnie używana chusteczka. Nie da się zjeść… Pięć złoty. Da się kupić coś co da się zjeść! Już wstała i skierowała się do pobliskiego straganu ale zatrzymała się w połowie drogi. To złotówki, głupia torbo, tobie trzeba AM-dollarów! Spojrzawszy tęsknie na skwierczące na oleju kawałki ryby (miała nadzieję że to ryba) westchnęła i ruszyła ulicą, rozglądając się za szyldem kantoru. Wolała nie pytać o drogę – ktoś mógłby pomyśleć że niesie ze sobą wór monet z innego kraju. Już mając na sobie białe adidasy, jeansy i granatową koszulkę z nadrukowanym duszkiem wyglądała wystarczająco obco. Z lekkim uśmieszkiem wyobraziła sobie że wszędobylscy niczym powietrze informatorzy Vetinariego już spisują o niej raport, jeśli dokument już nie leży na biurku Patrycjusza. Spoglądając do góry niemal się nie zaśmiała wyobrażając sobie go sięgającego ze znużeniem po setną kartkę, po czym podnoszącego brew w efekcie przeczytania opisu jej ubioru.
- Ała!
Straciła równowagę i wylądowała na chodniku po zderzeniu z czymś dużym i twardym. Rozmasowując czoło, spojrzała do góry i zamarła. Wielka sylwetka zwróciła się w jej stronę i skupiła na nią parę oczu.
- Tobie nic?
- Eee… nie. – odparła, nie mogąc oderwać wzroku od wielkiego szarego cielska gdzieniegdzie pokrytego mchem. Wstała i zaczęła otrzepywać materiał na zadku. Troll! A niech mnie, prawdziwy troll! Gdy ich spojrzenia spotkały się, zauważyła przebijające się przez pustotę zdziwenie.
- Żem nigdy nie widział dziewczyny w… e…
- Spodniach? – pokonała silną chęć dotknięcia kamiennej skóry i próbowała dostrzec diamentowe zęby trolla.
- No.
- Boracyt, dawaj! – do ich uszu dotarł krzyk. Z drzwi niedaleko nich właśnie wybiegał niski mężczyzna, przyciskając do piersi mały pakunek. Zanim zdarzyła pomyśleć, już zniknął w tłumie a do jej uszu dotarły krzyki kolejnych osób mijających tą samą parę drzwi.
- Ty teraz masz uciekać. – rzekł do niej troll.
- Co?
- Taki plan: ja mam zatrzymywać pościg, reszta uciekać. – Boracyt rozłożył wielkie ręce i ruszył ku grupie osób nawołujących do złapania złodzieja. Chwilę później powietrze przeszył dźwięk gwizdka. Odwróciła się i niemal nie podskoczyła z radości dostrzegając przebijające się miedzy lasem głów matowe hełmy. Straż!
*
Z trudem łapała oddech. Pochylona nad nierówną powierzchnią chodnika analizowała wszystko, co doprowadziło ją tutaj – do wąskiej, ciemnej uliczki.
… najpierw przyszli Strażnicy. Ponieważ jeden z nich był trollem, udało im się wspólnymi siłami obezwładnić Boracyta. Później zaczęli przesłuchiwać okradzionych, którzy okazali się pracownikami sklepu jubilerskiego. Potem któryś z nich wskazał na nią palcem.
- O! Ona też! Troll kazał jej uciekać, musi być z nimi!
Jeden ze Strażników podszedł do niej, obrzucając ją spojrzeniem wyrażającym zarówno podejrzenie jak i zaciekawienie. Znów uświadomiła sobie, że ma na sobie dość osobliwy strój. Cholera… Już miała coś powiedzieć na usprawiedliwienie, gdy postać Strażnika w zaskakująco szybkim tempie przeleciała w bok w efekcie uderzenia wielkiej szarej dłoni. Boracytowi udało się uwolnić z uścisku innego trolla i znów rzucił w jej stronę by uciekała. Widząc wyciągających pałki innych Strażników spanikowała i odwróciwszy się popędziła tak szybko jak tylko mogła. Do jej uszu dotarły słowa Strażników, z pewnością zwracających się do trolla ze Straży. A więc to był Detrytus! Nie zdążyłam mu się przyjrzeć.
Po raz pierwszy w życiu naprawdę uciekała. Przeciskając się między ludźmi słyszała świst gwizdków i wołania rozkazujące jej by się zatrzymała. Nogi jednak miały inne zdanie i prowadziły ją dalej. Jak u Rincewinda, normalnie… Czując ból w piersi zaklęła w myślach. Trzeba było zabrać się za bieganie wieczorami. Zauważyła że biegnie coraz wolniej a jej serce wali jak oszalałe. Spojrzała do tyłu i poczuła jak blednie widząc zbliżającą się sylwetkę w pancerzu.
A może się zatrzymać? Wsadzą mnie do aresztu, może uda się zobaczyć Marchewę, albo Anguę? A co jeśli od razu wyślą mnie na Tanty? Kurczę, nie pamiętam nawet czy w jakiejś części była wspomniana procedura aresztowań, „Straż Nocna” się nie liczy…
Te myśli przemknęły przez jej umysł krócej niż ułamek sekundy. Już miała odwrócić głowę w kierunku w którym biegła, gdy nagle zobaczyła jak szczupła postać rzuca się w stronę Strażnika, kilkoma ciosami, po otrzymaniu których Strażnik padł nieprzytomny na ziemię. Poczuła jak ktoś wytrąca ją z obranego kierunku, ciągnąc mocno za lewą rękę. Klucząc wśród wąskich uliczek przyjrzała się trzymającej ją osobę. Opierając się na tym co mogła zobaczyć, osoba skojarzyła jej się z ciemnowłosą dziewczyną z „Bractwa Wilków”. Długie rozczochrane włosy zakrywały jej plecy, i razem z poszarpaną spódnicą i przewiązanymi na biodrach chustami, w biegu tworzyły szereg falujących kolorów…
Tak, to by było na tyle, pomyślała próbując uspokoić oddech. Jej dłonie oparte na chłodnej ścianie nadal drżały, podobnie jak nogi.
- Z taką kondycją długo tu nie wytrzymasz. A myślałam że ludzie z Gildii Błaznów są nieźle wysportowani. – usłyszała. Spojrzała do góry.
Oszacowała że kobieta nie mogła mieć więcej niż trzydzieści lat, nawet jeśli jej jasnobrązowa, wyniszczona skóra i zepsute zęby utrudniały poprawne odgadnięcie jej wieku. Ciemnowłosa założyła ręce na biodra i oparła ciężar ciała na jednej nodze.
- I?
- Co: i? – spytała dziewczyna, wyprostowując się. Szybko jednak zreflektowała się i wyciągnęła rękę. – Dziękuję ci.
Tamta uścisnęła jej dłoń.
- Jestem Caren. Chyba jednak nie pochodzisz stąd, prawda? – odparła nie zwalniając uścisku.
- Nie. Jestem Ale…
Łup!
*
- No i? – oparty o ścianę ciemnowłosy młodzieniec przestał dłubać w zębach i spojrzał na towarzyszkę.
- Miała kilka monet w kieszeni. Popatrz.
- Hm, nie widziałem jeszcze takich. Wspominała skąd jest?
- Nie zdążyła. – kobieta uśmiechnęła się złośliwie, patrząc na leżącą pod ścianą prawie nagą dziewczynę. Nie widziała jeszcze nikogo kto miałby latem tak bladą skórę. W porównaniu do niej jej własna wydawała się czarna.
- Nieźle, muszą mieć dużo złota. W końcu jakaś bogata się trafiła.
- Na dodatek jej ciuchy są świetne. – spojrzała po sobie. Nigdy nie czuła się tak wygodnie. Sama świadomość że ma na sobie wyprane koszulkę i porządne buty, nawet jeśli schowane pod starymi łachmanami, dodało jej animuszu. – Dobra, wracamy. Muszę przerobić te spodnie na węższe. Młody będzie się cieszył…
*
Obudziła się z pulsującym bólem z tyłu głowy. Zadrżała w odpowiedzi na zimno chodnika i głośno kichnęła. Podniósłszy się uświadomiła sobie że nie ma na sobie nic oprócz bielizny. Szczęście w nieszczęściu tamci rzucili jej jakieś łachmanami. Łaskawcy…
Szybko narzuciła na siebie coś, co okazało się podziurawioną, sięgającą do kolan tuniką. Rozejrzała się. Widząc ciemniejące niebo wywnioskowała żem usiała leżeć tam kilka godzin. Trzęsąc się ze złości, goryczy i zimna ruszyła powoli wzdłuż alejki. Ostrożnie stawiała gołe stopy na ziemi gdy mijała resztki rozbitej butelki. Gdy dotarła do szerszej ulicy zaczął padać rzęsisty deszcz. Spojrzała na zachmurzone niebo. Po chwili śledzenia ciemnych smug spadających kropel omal nie wybuchła płaczem.
Nie tak miało to wyglądać! Powinno być wspaniale, powinnam spokojnie przeżyć ten dzień! Miałam zobaczyć pijącego piwo w jakiejś spelunie Rincewinda, patrolujących ulicę Colona i Nobby’ego, wybuchy wydobywające się z budynku Gildii Alchemików…
Czując jak ciepłe łzy same płyną po jej policzkach, szła wzdłuż chodnika. Nawet nie starała się iść blisko ścian by zmoknąć w jak najmniejszym stopniu. W tej chwili było jej wszystko jedno. Patrząc smutno na chodnik nawet nie zauważyła że mija wysokiego mężczyznę, otoczonego dymem tytoniowym.
*
Vimes zaciągnął się porządnie, spoglądając na plecy oddalającej się dziewczyny. Nadal mając przed oczami wyraz jej okrągłej twarzy poczuł wstyd przed sobą samym że niekiedy narzeka na swoje życie. Uśmiechnął się w duchu na myśl czekającej w domu Sybil i Małego Sama. No, Wilkins można powiedzieć też czekał…
- Co tam? – odezwał się zauważając wyłaniającego się z pobliskiej pary drzwi Strażnika. Nawet nie był specjalnie poirytowany faktem przerwy w chwili spokojnej samotności.
- Złapaliśmy kobietę, sir. Jej ubiór pasuje do tego podanego przez świadków kradzieży ale ona nie przyznaje się do niczego.
A to ci niespodzianka, pomyślał, spoglądając na unoszący się dym.
- Mężczyzna który był z nią uciekł, ale znajdziemy go, sir.
- Angua raczej nie zdoła wywąchać go po takiej ulewie…
- Mówi że poznała jakiś męski zapach na ubraniach aresztowanej.
Vimes zgasił cygaro.
- Coś jeszcze, Marchewa? - „Oprócz sterty papierzysk które chwilę temu położyłeś na moim biurku?” dodał w myślach
- Nie, sir. – mężczyzna zasalutował, odwrócił się na pięcie i wrócił do wnętrza budynku.
*
Odgarnęła mokrą grzywkę na bok, kichając donośnie. Brawo, jeszcze się przeziębiłam.
- Na zdrowie, Aleksandro.
- Dziękuję. – odparła odruchowo, spoglądając w bok na otwarte na prawo od niej drzwi. Zamarła zobaczywszy starca o ogolonej głowie, trzymającego miotłę. – Lu-Tze!
Mnich uśmiechnął się kiwając głową. Położył rękę na jej ramieniu i pociągnął za sobą do wnętrza. Niemal nie rozpływała się z przyjemności w odpowiedzi na fale ciepła, które przebiegały przez jej ciało. Pierwsza przyszła po tym jak opatulono ją kocem, a druga gdy napiła się podanej herbaty w niewielkim skromnym pomieszczeniu. Siedząc przy niewielkim stoliku patrzyła na unoszący się nad kubkiem dymek. Nie mogła uwierzyć własnemu szczęściu. W tej chwili pożałowała że w Turnieju ŚD nie zagłosowała na Sprzątacza tylko na Vimesa.
Ze zdziwieniem spojrzała gdy młody mnich położył na stoliku ubrania z pewnością pochodzące z jej wymiaru. Gdy została sama bez wahania narzuciła je na siebie. Co z tego że za ciasne…
- Nie jesteś pierwsza. – usłyszała słowa wchodzącego Lu-Tze. – Ten szczęśliwie dla ciebie zapomniał zabrać je z powrotem. Dołożyliście nam trochę pracy, już szósty raz odczyniamy umowy Zabawnego Kapelusznika.
- Nigdy nie podpisałam równie fascynującej…
- I już nie podpiszesz. Za kilka chwil wrócisz do siebie chwilę przed spotkaniem z nim.
- A co z mną która się tu przeniesie?
- Nie przeniesie się. Ty ją zastąpisz. I nie zaczniesz rozmowy z Kapelusznikiem.
Spojrzała na Lu-Tze, odstawiając kubek.
- To znaczy… Nie będę pamiętała Dysku?
- Nic nie mogę obiecać, z poprzednich dwójce nie udało się zachować wspomnień.
- Dwójce… Na pięć, prawda?
Mnich kiwnął głową. Podniósł głowę, jakby usłyszał jakiś dźwięk.
- Już czas. Mam nadzieję, że kłopoty będą omijać się szerokim łukiem.
- Poczekaj…
*
Otworzyła oczy. Ale dziwny sen, pomyślała, spoglądając na ciemność nocy za oknem Westchnęła cicho i zmieniając pozycję na łóżku tak by byś zwróconą twarzą do ściany. W sumie fajnie by było przenieść się na Dysk…
Wtedy usłyszała dziwne skrobanie. Odwróciła się i z mieszanką przestrachu i zdziwienia patrzyła na kota, sunącego pazurami po zewnętrznej stronie szyby. Gdy zielone fosforyzujące oczy spotkały się z jej własnymi, wstała. Podeszła do okna, postała przy nim chwilę, po czym zasłoniła żaluzję.
Uśmiechnęła się szeroko, słysząc cichy szmer - kot Kapelusznika zeskoczył z parapetu. Nadal stojąc w ciemności poddała się zalewającej jej umysł fali zarówno przyjemnych jak i gorzkich wspomnień.

KONIEC

Autor: Dicey Reilly