Nie dotykać!


przycisk końca świata

świat dysku

Pogodynka


Zobacz więcej z kategorii: fan fiction

Fan fiction: praca Aiyanny - bez tytułu

2011-09-23 09:41:43

- Niechże pan coś z tym wreszcie zrobi! – po gabinecie, niczym wyjątkowo wielka i tłusta plama oleju rozlewała się cisza. Wszyscy z niepokojem patrzyli na Vimesa, który z pogodną miną kopcił cygaro i spod oka zerkał na rozsierdzonego nadrektora.
- Ależ nadrektorze, dziewczyna nie robi niczego złego w świetle pra… - zaczął Vimes.
- Jak to „nic złego”! – prawie zachłysnął się własnym oddechem Pierwszy Prymus. – Ona… Ona… Ona przywłaszczyła sobie nasz teren! Bezpodstawnie i kompletnie nielegalnie przebywa w Magicznym Uniwersytecie i nijak nie można jej stamtąd usunąć!
- W dodatku pokazuje swoje kolana – mruknął smutnym tonem Kwestor. To mruczando mógłby zmylić mniej wyczulone ucho ale Vimesa nie dało się oszukać. Głos wibrował delikatnie tając uciechę i rozbawienie.
- I co ja niby mam z nią zrobić? – rzeczowo zapytał komendant. - Podajcie mi chociaż jeden słuszny argument, z jakiego powodu jest dla was tak niebezpieczna a postaram się coś z tym fantem zrobić.
- Jak to co? Aresztować! Zamknąć w celi bez klamek! Odesłać do Klatchu! Cokolwiek! My chcemy z powrotem nasze obiady! – zwykle kłótliwi magowie zawyli unisono (tylko Kwestor nieco fałszował)w rozpaczy za niedostępnymi dla nich darami podniebienia.
To był argument wart przemyślenia. Magowie w obliczu przymusowej głodówki (bo tylko taka wchodziła w grę lub wchodzić mogłaby kiedykolwiek) stawali się nieprzewidywalni, trudni do kontrolowania oraz nastawieni pesymistycznie do świata. Ciężka to mieszanka wybuchowa, nawet dla takiego Ankh-Morpork.
- Dobrze, zobaczymy co da się zrobić. O ile cokolwiek się da… - Vimes przeciągnął się z nieco zrezygnowanym uśmiechem. – Skąd ją w ogóle wytrzasnęliście?
- Otóż…
***
- Ależ mi się nudzi! – jęknęła rozdzierająco dziewczyna (nazywajmy ją umownie Asią)leżąca wygodnie na wersalce. Przed nią, na rozłożonej poduszce, godnie pysznił się laptop. Tuż obok leżała sterta książek przeznaczonych do „kiedyś, gdzieś, w tajemniczych okolicznościach przyrody owszem, przeczytam”. Za książkami, świetnie zakamuflowana, leżała tabliczka przepysznej czekolady kokosowej.
- Hau! – zachęcająco szczeknął mały, czarny piesek z naturalnym wytrzeszczem. Podskoczył do łóżka, oparł się o nie przednimi łapkami i zawzięcie wywijał ogonem, cały czas ryzykując oderwanie się zadka od reszty ciałka.
- Nie, na spacer też mi się nie chce. Popatrz jak leje – odparła spoglądając w stronę okna, po którym już od jakiegoś czasu płynęły smutno gęste strumyczki deszczu, tworząc zadziwiające arabeski na wypucowanej poprzedniego dnia powierzchni.
Dziewczyna zrezygnowanym ruchem sięgnęła po kawałek czekolady. Ta odsunęła się z zaciętą i bardzo zdecydowaną miną.
- Co jest? – Dziewczyna zerwała się na nogi, capnęła tabliczkę i usiłowała unieść ją w powietrze. Pies szczekając zawzięcie dzielnie jej w tym sekundował.
- Hej, co jej znowu robisz? Mówiłem Ci, że jest ten pies jest naturalnym beztalenciem wystawowym. Tylko spójrz na jej krzywe łapy. Nie zrobisz z niej championa, więc jej nie męcz. – W drzwiach stanęło chłopię około lat 15 i zamarło ze zdziwienia wybałuszając oczy. Dziewczyna zarejestrowała to kątem oka, jeszcze zanim zobaczyła zbliżającą się do niej błękitną smugę. Chwilę potem ujrzała wszystkie gwiazdy na niebie a potem gęstą… niebieskawość.
***
- Oj bida, bida, bida, co tes my zrobim z tym dugoniem?! Tos to pieruńsko ciezkie jest. – Nac Mac Feegle z bardzo poważnymi minami, które nijak nie pasowały do ich niebieskich fizjonomii, przyglądały się porwanej dziewczynie. Asia z kolei bardzo szybko otrząsnęła się z szoku i z ciekawością przyglądał osławionym rozbójnikom.
- Niesamowite, nie wierzę w to! – wrzasnęła nagle z wielkiej uciechy. – Nie wiem jak to zrobiliście ale wreszcie jestem na Dysku! Rany, od tak dawna o tym marzyłam…
- Łojzicku, tos to i gadoć potrafi. Po cośmy ją tu psywlekli? – Feegle nie boją się nikogo ale na wszelki wypadek pochowały się za wszelkie możliwe źdźbła traw. Nie wiadomo, co strzeli do łba takiemu wielkiemu czemuś, co w dodatku zwykło krzyczeć bez opamiętania.
- Boście pieruńskie gupki są! – zdecydował się na wyznanie prawdy swoim kamratom Rob Rozbój. – Tsa było cykulandę zabrać a dziewcynę łogłusyć i zostawić w jej światku.
- Kiedy się nie dało! – reszta Feegli poczuła lekkie rozżalenie niebezpiecznie ewoluujące w stronę „bij aż się zamkną”. – Tsymała cykulandę i nie puscała! Nijak nie dało się jej łoderwać.
- Wiecie co, ja mam pomysł – odezwało się nieśmiało dziewczę, lekko zezując w prawą stronę. Stał tam wyjątkowo dorodny Feegl który z paskudnym uśmiechem ostrzył swój miecz. Było źle, trzeba wiać.
- Chłopaki – dziewczyna zdecydowała się na szczerość. – Mam dla Was interes. Ani mi w głowie Wam przeszkadzać czy coś, bo to nawet nie wypada ale…
Feegle zaciekawione stłoczyły się u jej stóp słuchając uważnie.
- Jeżeli mnie rozwiążecie i zabierzecie do Ankh – Morpork, dostarczę Wam 100 tabliczek takiej czekolady kokosowej. – Niebiescy łypnęli łocyskami uważniej, powoli przetrawiając te tajemnicze słowa.
- Tylko tyle chces? – zdziwiły się malowniczo. – Tos to najlepsiejsa zec pod słoneczkiem, tylko dla prawdziwych mezcyzn…
- Ciachajta! Nie mozem zdradzic nojwozniejsych tajemnic nasej egzys.. Egzst… No nasego zycia! – Rob Rozbój popatrzył spod oka na rozentuzjazmowane dziewczę. – Mozem zaufać? – upewnił się.
- Na wielkiego Winnetou, jak najbardziej! – chciała zasalutować ale uniemożliwiły jej to związane ręce.
- Dobra, rozwiązac, zabrac i odebrac cykulandę! I dopilnujcie żeby nic się jej nie stalo, bo inaczej nie zapłoci – uśmiechnął się cwanym uśmieszkiem i popatrzył jak jeniec znika za pagórkiem niesiony przez watahę niebieskich stworków z ADHD. (Oczywiście sam też taki był ale jak to miło popatrzeć czasem na kogoś z góry… Nawet jak się ma 6 cali wzrostu.)
***
Ankh-Morpork! Najwspanialsze miasto we Wszechświecie a przynajmniej na Dysku, przepełnione swądem spalenizny, brudem uliczek i pełne życiowy popaprańców którzy ściągają tu ze wszystkich stron jak lisy do kurnika pełnego kur znoszących złote jajka. Momentami nawet przyjazne dla podróżnego, o ile ten dysponował niezliczoną ilością pieniędzy, czasu oraz zapasem o najmniej 44 żyć, bo tylko taka ich liczba zapewniłaby mu tu niezłą i w miarę długą egzystencję.
Marzenia czasem się spełniają, nawet tak niedorzeczne jak to, aby się tu znaleźć. Asia z zachwytem rozejrzała się dookoła. Pobieżnie zarejestrowała fakt, że Feegle oddaliły się, w biegu krzycząc coś o „sprawuneckach bo Wodza kciała to i tamto…”. Nie szkodzi, uznała, tacy przewodnicy tylko by przeszkadzali, lepiej samemu się przespacerować.
Wprost naiwna w swej niefrasobliwości zapomniała, że na Dysku najszybciej przygodę znajduje ten, kto nie ma na nią najmniejszej ochoty. Otóż zjawiła się ona bardzo szybko, szybciej nawet niż wściekły cios Detrytusa. Miała postać… smoczka (smoka, smoka ale niedorobionego bo jeszcze bardzo małego). Otóż leżał on zaplątany w jakieś szmatki pod schodami pobliskiego domu i łypał na otaczający go świat jednym świetlisto-zielonym okiem.
- Aaaaa, jakie cudo! – Asia miała rozmaślone z zachwytu spojrzenie. – Chodź do cioci, cudaku najśliczniejszy – bez większego problemu chwyciła w ramiona wyrywające się stworzonko wielkości spasionego kota.
- Skąd się tu wziąłeś, hę? – rozejrzała się dookoła ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Oczywiście było to złudzenie, gdyż nie mogła zauważyć na dachu sąsiedniego gmachu pewnego kosmatego, indywiduum, które przyglądało się jej z wielkim zainteresowaniem.
- Przepraszam bardzo, czy… - ludzie dookoła niej kłębili się i zajmowali własnymi sprawami, nie poświęcając jej ani chwili uwagi. Chociaż…
- Patrz Fred, jakie dziwne zwierzę – śmieszne coś przechodzące obok niej w towarzystwie grubego kolegi przejawiło iście kulinarne zainteresowanie. – Jaszczurka. Podobno mają przepyszne gałki oczne. A już najlepiej smakują na tostach.
- Nobby, ile razy mówiłem Ci, żebyś nie mówił o jedzeniu na patrolu – warknął Fred, odruchowo węsząc w poszukiwaniu choćby najmniejszego śladu zapachu pieczeni z jaszczura. – I gdzie ona niby jest?
Na szczęście Asia zdążyła ukryć się w tłumie a Strażnicy wzruszyli ramionami i poczłapali dalej. Szybko przebiegła przez ulicę a potem popędziła wzdłuż muru jakiegoś zaułka cały czas trzymając wyrywającego się smoka. Oglądając się za siebie niestety za późno zarejestrowała fakt, że tuż przed nią wyrosła nagle ciemna postać. Łups! Odrzucony zwierzak potoczył się po kamieniach głośno protestując a nasza bohaterka ciężko usiadła na bruku masując potłuczoną głowę.
- No co też my tu mamy – ciemna postać okazała się wyjątkowo obleśnie uśmiechniętym mężczyzną. Z zadowoleniem popatrzył na Asię a potem przeniósł swój wzrok na stworzonko które okazywało swoją złość plując niegroźnymi strumyczkami ognia. Grymas zdziwienia przeradzającego się szybko w triumfalną radość zniekształcił jeszcze bardziej paskudne rysy tego człowieka.
- Mój Jadeitowy Cesarz! * – wrzasnął. – Znalazła go! Dzięki niemu stanę się najbogatszym człowiekiem w mieście! – zarechotał i szybko podbiegł do smoka który trząsł się ze strachu. – Tak szybko napasę Cię złotem, że nawet nie poczujesz! Aż pękniesz z przejedzenia, hahahahaha!
Na szczęście nie zdążył chwycić małego bo niespodziewanie na jego ramionach pojawiła się wielka, pomarańczowa postać. Bibliotekarz, mający zwyczaj cichego i niespodziewanego pojawiania się w różnych miejscach, bez najmniejszego problemu pozbawił opryszka przytomności. W ramach swoistego żartu pozbawił go również spodni (nie chcecie wiedzieć, co było pod nimi).
Asia patrzyła z zachwytem na potężnego orangutana, który chwycił pod pachę zadowolonego smoka. Zwierzak sapnął, strzelił iskrami z nozdrzy, zwinął się w kłębek i zasnął.
- Uuk – stwierdził przedstawiciel naczelnych wymownie pokazując na stworzenie śpiące mu pod pachą a potem na wieże NU, znacznie górujące nad miastem.
- Ja niby też tam mogę wejść? – zapytała z niedowierzaniem dziewczyna.
Orangutan tajemniczo wywinął górną wargę, parsknął i błyskawicznie ruszył w stronę głównej ulicy. Ludzie automatycznie uciekali mu z drogi, dzięki czemu także dziewczyna bez problemu mogła biec powstałym korytarzem.
Wyjątkowo szybko dotarli do celu. Bibliotekarz poprowadził ją sobie tylko znanymi przejściami do Biblioteki, skąd jednym grymasem wyprosił wszystkich. Potem ostrożnie położył na biurku śpiącego smoka, podsunął Asi fotel, po chwili namysłu odsunął także spoza jej zasięgu miskę z bananami i pognał pomiędzy regały. Dziewczę rozsiadło się wygodnie i z uwielbieniem patrzyło na sterty książek.
- Zawód bibliotekarza nie jest wcale taki zły – mruknęła do siebie i zamyśliła się głęboko. Może właśnie dlatego nie zauważyła, że smoczątko właśnie się obudziło. Uroczo ziewnęło pokazując uzębienie na widok którego każdy dentysta padłby plackiem z zachwytu. Zwierzątko wstało i z żarłocznością rzuciło na pierwszą z brzegu książkę. Połykało właśnie ostatnią stronicę, kiedy zza regału wybiegł orangutan z wielkim tomiszczem w łapie. Wydał pełen zgrozy wrzask, dzięki czemu Asia zdążyła zobaczyć, jak smok wybałusza oczy i zaczyna niespokojnie się kręcić.
- UUK! – ryknął Bibliotekarz, złapał Asię za rękę i siłą wepchnął pod biurko. Sam uskoczył za fotel. Zrobił to w ostatnim momencie, gdyż smok niespokojnie kaszlnął i nagle wypluł z siebie słup ognia. Stojące w pobliżu regały momentalnie zostały ogarnięte przez płomienie.
- Uuk!
- Pożar!
Smok śmiertelnie wystraszył się tego krzyku, zerwał z biurka i kręcąc piruety wyważył drzwi, przez które uciekł na korytarze NU, cały czas wypluwając z siebie nieprzerwane strumienie żaru. Magowie wyrwani ze swoich poobiednich drzemek przez panikującego Bibliotekarza i dziewczynę w krótkich spodenkach, bez żadnego ładu i składu wybiegli na ulicę.
- Że co proszę? – zdziwił się Ridcully patrząc na tę dwójkę, która gorączkowo machała przed nim rękoma, pokazując na okna, których szyby topiły się pod wpływem gorąca i intensywnych ludzkich spojrzeń.
- Smok? Jadeitowy Cesarz na naszym NU? Przecież one wyginęły 300 lat temu! – patrzył podejrzliwie na Asię, starając się nie rejestrować widoku jej gołych kolan.
- Uuk – potwierdził Bibliotekarz, podsuwając mu pod nos odpowiednie ryciny z książki, którą cały czas dzierżył pod pachą.
- Zjadł książkę o strażakach?! – przeraził się Pierwszy Prymus.
- To z nami już koniec – pokiwał poważnie głową Kwestor, szybkim ruchem wysuwając z kieszeni pudełko z pigułkami z suszonej żaby. – Nie będzie już więcej obiadów. Ani podwieczorków. Ani kolacji – uśmiechnął się wesoło i połknął na raz całe pudełko.
- Na to musi być jakieś wytłumaczenie! – rozsierdził się Myślak i oskarżycielsko wycelował swoim palcem w Asię. – To jej wina! Ona sprowadziła na nas tego smoka! Idziemy do Strażników. Niech ją aresztują i zrobią coś z tym całym bałaganem.
***
Ktoś roześmiał się cichutko. Delikatnie trącił szachownicę, na której stały pionki. Przesunęły się z prawie niedosłyszalnym zgrzytem.
***
- … i właśnie dlatego powinien pan ją aresztować! – zakończył swoją opowieść Pierwszy Prymus.
- Jadeitowy Cesarz, powiada pan? – Vimes głęboko zaciągnął się cygarem i wpił wzrok w nadrektora. – Dlaczego zaczął zionąć ogniem po zjedzeniu tej książki?
- Bo książka była o ogniu – pośpieszył z odpowiedzią Myślak. Nadrektor nadął się z oburzenia. – One się… Dostosowują. Nie umiem tego panu dokładnie wytłumaczyć. Gdyby wchłonął książkę o gotówce, prawdopodobnie zacząłby, pan wybaczy szczerość ale srać kasą. Po zjedzeniu drewnianego pomnika prawdopodobnie zacząłby strzelać osikowymi kołkami.
Nadrektor machnął ręką ze zrezygnowaniem. – Niechże pan coś z tym zrobi. Na Jadeity magia nie działa.
- A wy mi każecie przecież aresztować dziewczynę – oburzył się Vimes. – Co ona takiego zrobiła? I gdzie w ogóle się teraz podziewa?
- Chcieliśmy ją złapać ale pobiegła z powrotem do środka uniwersytetu. Krzyczała coś o tym, że może uda się jej go uspokoić.
- Dobra chłopaki, zbieramy się – Vimes podniósł lekko głos. – Mamy zadanie do wykonania!
***
Tymczasem na korytarzach NU…
- Tsymaj to sybko! Zuć jej to bo nie zapłaci nam cykulandą!
- Gdzies ona uciekla nam?
- Mam smocysko! Uwazaj bo cie spali pieruński gupku!
- Daj mu pić, uspokoi się migusiem!
Zanim zdyszana Asia znalazła wreszcie smoka zdarzyło się wiele rzeczy. A raczej jedna rzecz, wyjątkowo ruchliwa – Nac Mac Feegle. Kiedy dziewczyna dobiegła na miejsce, było już po wszystkim. Smok spał w najlepsze obok niego zaś walały się dwie butelki najlepszej szkockiej whiskey. Feegle natomiast uradowane gratulowały sobie w najlepsze, mocno ściskając się za miniaturowe piąstki. Na widok Asi uśmiechnęły się nieco szczerbatymi uśmiechami.
- Uratowalim twój gruby zadek, ciesys się? Smok jus spi i niepretko się obudzi. To najlepsa skocka łiski jaką udało nam się zdobyc, hej!
- Upiliście go!
- Psynajmniej nie będą mieli z nim kłopocików. A teraz do domku, cykulanda na nas ceka!
- Zaraz, muszę się pożegnać z Bibliotekarzem. Chcę się jeszcze dowiedzieć paru rzeczy…
Zanim zdążyła rozpłynąć się w powietrzu, ujrzała, jak orangutan, który przybiegł tu za nią, bierze jedną ręką smoczątko a drugą macha na pożegnanie, radośnie szczerząc pożółkłe zębiska.
***
Jak się domyślacie, kiedy Straż i magowie przybyli już na miejsce, wszystko było jak w najlepszym porządku. Smok spał w koszu pod biurkiem, Bibliotekarz spędzał rozkoszne chwile na ponownym układaniu książek na regałach wydobytych z magazynu. O niedawnych wypadkach przypominały tylko osmalone ramy okienne, przez które wpadało wszędobylskie światło słońca.
- Niebezpieczny, tak? – mruknął Vimes, patrząc na uroczo ziewającego potworka.
- Gdzie ona się podziała? – zastanawiał się nadrektor.
- Obecność Jadeita podniesie jeszcze bardziej prestiż naszego Uniwersytetu – wyliczał zachwycony Myślak.
- Niebezpieczny – stwierdził komendant, patrząc na magów i stanowczym krokiem ruszył w stronę drzwi. – Idziemy stąd, chłopaki. Im szybciej tym lepiej.
***
Niewidoczny Uniwersytet wzbogacił się o nowego, honorowego członka a zarazem obrońcę i ochroniarza. A Asia? W pobliskim sklepie kupiła 200 tabliczek kokosowej czekolady. Wszak Feeglom zdecydowanie należała się nagroda za tak wspaniałą wycieczkę.
- Może to był jednak sen – zastanawiała się stojąc w kolejce do kasy.
- Na co pani tyle czekolad? – wybałuszyła oczy ekspedientka.
- Sesja za pasem, pora się brać za naukę – uśmiechnęła się do niej dziewczyna, dyskretnie mrugając do stojącego na ramieniu panienki za kasą niebieskiego ludzika, wymachującego mieczem. – A czekolada podobno jest najwspanialszym wynalazkiem ludzkości.

Autor: Aiyanna