Nie dotykać!


przycisk końca świata

Zobacz więcej z kategorii: świad dysku

Porwanie Wentwortha i Rolanda na tle mitologicznym

2011-09-25 14:26:59

Huldra
Opisane w „Wolnych Ciut Ludziach” porwanie Rolanda i Wentwortha nasuwa szereg skojarzeń z opowieściami o różnie nazywanych demonach żeńskiej proweniencji. Nie jest niczym nowym, że sir Terry Pratchett czerpie garściami z wszelkich opowieści i mitów, ale warto przyjrzeć się, jak daleko sięgają te odniesienia. Na początek zauważyć trzeba na pewno, że są to mity starsze jeszcze, niż wszystkie obecne grupy językowe występujące w Europie. Do takiego wniosku prowadzi nas fakt, że podania o istotach demonicznych porywających dzieci występują zarówno w kulturze skandynawskiej, słowiańskiej, anglosaskiej, jak i celtyckiej czy germańskiej, a ślady takich opowieści można znaleźć również w tradycji żydowskiej. Mity te muszą więc wywodzić się z tradycji praindoeuropejskiej – powstały prawdopodobnie najpóźniej w czasach Arjów, zanim jeszcze nasi przodkowie przywędrowali z Indii do Europy i osiedlili się w różnych jej częściach.

Wiele z tych opowieści Pratchett odrzucił lub pozmieniał, nieco też dodał. Przede wszystkim rzadko spotykało się historie o porywaniu starszych dzieci. Najczęściej były to niemowlęta, oczekujące jeszcze na chrzest, czasami dorośli zauroczeni przypadkowym spotkaniem Dwunastoletni Roland, lub nieco młodszy Wentworth byli zbyt duzi na pierwszą kategorię i zbyt mali na drugą.

Polska tradycja wspomina o mamunach (bądź też – zależnie od regionu – dziwożonach). Mieszkały one nad rzekami bądź w górach. Ich polnym odpowiednikiem były południce, które porywały dzieci wchodzące w zboże (zazwyczaj koło godziny 12 w dzień i w nocy). Na południu słowiańszczyzny nazywano te demony wiłami. Oczywiście to tylko część z zakresu ich aktywności, reszta jednak nie stanowi przedmiotu naszego zainteresowania. Podobne demony spotykano w opowieściach skandynawskich – tam zwały się one huldrami. W folklorze germańskim porywaniem dzieci zajmowały się demony zwane Alb (lub też Albtraum), pl. Alp. Co ciekawe były to istoty tożsame z naszymi marami (zmorami nocnymi). Były również anglosaskie faeries - elfy-wróżki. Skrzydełka, różdżki i cały ten „piotrusiopanowy” image dodany został dużo później. W czasach arturiańskich legend były raczej czymś pośrednim między skrzatami (z racji wzrostu), a magicznym, pięknym ludem – również niebezpiecznym.

mamuna
Jak już mówiłem – porwanie zazwyczaj groziło tylko dzieciom przed chrztem (niekiedy również i matce). Rzadziej (i tylko w mitologii anglosasko-gaelickiej) dorośli mogli ulec oczarowaniu i trafić do zaczarowanej krainy. Na miejsce dziecka demony podkładały zazwyczaj swoje – odmieńca (skand. huldebam), zazwyczaj dużo płaczącego, mało rozgarniętego, brzydkiego (nieforemny, nieproporcjonalnie długie ręce, duża głowa itp.), za to z nieprawdopodobnym apetytem. Zależnie od regionu, różne były sposoby odzyskania dziecka. Na słowiańszczyźnie trzeba było je położyć na gnojówce, krzyczeć głośno i bić ziemię wokół niego (udawać, że bije się odmieńca). Wtedy mamuna zjawiała się z dzieckiem i zabierała swoje, mówiąc: „Ja twoim zajmowałam się lepiej niż ty moim”. W folklorze zachodnim odmieńcy zazwyczaj byli bardzo wiekowi (jako, że pochodzili z czarodziejskiej krainy) i tylko udawali dzieci. Należało zatem czymś ich zadziwić. W podaniach możemy znaleźć np. wzmianki o tym, jak kobieta ugotowała pudding z całą głową świni w środku. Odmieniec miał wówczas powiedzieć: „Już pięćset lat żyję na tym świecie, ale jeszcze nigdy nie widziałem patrzącego puddingu”. Innym razem kobieta ugotowała zupę w skorupkach jajek i wystawiła na okno. Wówczas odmieniec rzekł: „Ho, ho, widziałem jak wynurzają się lądy, ale nigdy jeszcze nie widziałem, żeby ktoś gotował zupę w skorupkach od jajek”. W obu przypadkach pojawiały się elfy i zabierały odmieńca, przynosząc dziecko kobiety.

U Pratchetta motyw zamiany nie istnieje – mamy za to do czynienia z klasyczną opowieścią fantasy typu quest. Tiffany wyruszyć musi sama do krainy elfów i baśni (jakże inaczej skonstruowanej swoją drogą, niż we wszystkich pozycjach tego typu), żeby odzyskać brata. Wyprawa jej może być (przewrotnym dosyć) nawiązaniem do wyprawy Brana Żeglarza. Poszukiwał on Avalonu, Wyspy Jabłoni, ukrytej przed zwykłymi śmiertelnikami. Do tego może się odnosić imię Tiffany, tłumaczone przez keldę jako Tir-far-thoinn – w szkockim dialekcie języka gaelic tłumaczy się to jako „ląd pod falami” (irl. Tír faoi thonnta – a więc ukryty, niczym Atlantyda, utożsamiana niekiedy z Avalonem. Tiffany również musi coś odnaleźć – w tym wypadku porwanego brata, carewicza, a także własną przyszłość.

Na takie odwołanie wskazywać by mógł również różny upływ czasu w krainie Królowej i w świecie rzeczywistym. Rob Rozbój twierdzi, że w krainie królowej nic się nie starzeje i pewnego dnia Wentworth powróci, będąc w tym samym wieku, ale nie zastanie już nikogo z żyjących obecnie. Podobna sytuacja miała miejsce kiedy Bran Żeglarz powrócił z Avalon i okazało się, że od czasu wypłynięcia minęły setki lat, a uczestnicy jego wyprawy stali się legendą. Kiedy jeden z żeglarzy postawił stopę na lądzie rozsypał się w proch ze starości. Można tu jednak znaleźć odniesienie także do innego przekazu, związanego z naturą krainy elfów. Podawano bowiem, że również tam czas płynie znacznie wolniej (zazwyczaj nasza godzina odpowiada jednej minucie w krainie faerie). Z tego powracającego w legendach (zwłaszcza celtyckich) motywu Pratchett czerpał również tworząc dromy. W snach przez nie przędzonych nie można było jeść, bowiem człowiek ulegał złudzeniu i zostawał tam na zawsze, aż ciało umierało w końcu z głodu. Także w krainach elfów nie można było jeść tamtejszego jedzenia, ponieważ człowiek zostawał tam już na zawsze (podobnie jak w krainie Lotofagów, co daje sporo do myślenia na temat wieku tego toposu).

Mimo że, jak czytelnicy książek sir Terry'ego zdążyli się już pewnie przyzwyczaić – wiele rzeczy znów postawionych zostało na głowie, to wystarczy często powierzchowna analiza, żeby znaleźć trop. Jeśli poszukamy dalej, to kto wie dokąd nas doprowadzi. Autor i twórca Świata Dysku jest postacią o nieprzeciętnej wiedzy, toteż idąc śladami odwołań w jego książkach można dotrzeć tysiące lat wstecz i zawędrować tysiące mil dalej niż byśmy mogli się spodziewać. Wystarczy otworzyć książki, artykuły i trochę poszukać, a będzie to równie satysfakcjonująca forma podróży, co wyprawa wgłąb krainy Królowej, lub żegluga Brana w poszukiwaniu Avalonu.

Zobacz powiązane książki: Wolni Ciutludzie

Autor: Dżon