świat dysku

Pogodynka


Doctor Who vs. Terry Pratchett

2012-08-05 11:20:56

Terry Pratchett zagościł na łamach 196 numeru miesięcznika SFX dzieląc się z czytelnikami swoimi przemyśleniami na temat serialu Doctor Who.
Terry Pratchett in SFX magazine


Chciałbym móc powiedzieć, że nienawidzę tego serialu.
Jednak byłem z nim od samego początku, kiedy jeszcze świat był monochromatyczny i w dodatku z kiepskim odbiorem tego monochromatyzmu w naszych telewizorach. Pamiętam sprzeczki w szkole na temat melodii z openingu, głównie o to jak długo powinieneś zapętlić „bumdy bum bumdy bum bumdy bum bumdy bum” zanim przejdziesz do powtarzania „woooooooeeeeeee bumdidy bum”.

To była zupełna nowość w tamtych czasach, której można było doświadczyć dwa razy w tygodniu. Mówiło się tak wiele o Doctor Who kiedy BBC pierwszy raz miało go wypuścić do emisji, że pierwszy odcinek musiał zostać powtórzony przed emisją kolejnego. Samej emisji towarzyszyły niesamowite emocje, nawet na długo przed tym, gdy w serialu pojawili się Dalekowie. Cierpiałem oczywiście na „Syndrom Star Treka” i odnajdowałem się jedynie (jak większość dzieciaków w tamtym czasie) w pokoju pełnym świecących lampek albo w żwirowni. Ale to było zabawne do póki mogło trwać. Mój świat wypełnił się innymi ważniejszymi rzeczami – skończeniem szkoły, znalezieniem pracy oraz zdobyciem dziewczyny (w takiej kolejności niestety). Zobaczyłem kiedyś przez przypadek epizod Doctora Who, w którym świat został zaatakowany przez - mówiąc wprost - czajniki. Różni Doktorzy pojawiali się i znikali a ja musiałem żyć w wielkim świecie, którym może nie wstrząsały podobne katastrofy, jednak i tak dawał znacznie więcej powodów do chowania się pod kanapą.

Niejasnym dla mnie było (jednak przyjąłem je do świadomości), pojawienie się w serialu K-9 – śmiertelnie skutecznego, pomimo swojej komiczności, rekwizytu goszczącego w tradycji Doctora Who. Wystarczyło to by uświadomić sobie, że serial wchodzi w nową erę, kiedy większość akcji odbywa się na powierzchni planety, prawdopodobnie dlatego, że Ziemia jest tańsza.

Jednak potem wszystko się zmieniło. Pojawiło się kilku Doktorów którzy byli bardziej „wyjściowi” (przynajmniej jak na standardy BBC) i serial zaczął wyglądać bardzo dobrze. Dodatkowo odpowiednio dobrano i zestawiono efekty specjalne. W tamtym czasie wolałem Torchwood, który starał się jak mógł zaskakiwać i produkować odcinki takie jak „Small Worlds” (ten z wróżkami), które wryły się mocno w moja pamięć. To było sprytne.

Jednak na nowo stałem się wierzącym i wyczekiwałem każdego nowego epizodu Doctora Who. Byłem już zorientowany w serii i zauważyłem coś bardzo istotnego: Doctor Who jest śmieszny i łamie większość ustanowionych praw narracji.
To prawo - a przynajmniej ogólnie przyjęta wytyczna – mówi, że jeśli w jakiejś sztuce teatralnej ktoś ma zostać w trzecim akcie zabity za pomocą topora, wcześniej ten sam topór powinien być pokazany wiszący na ścianie w akcie pierwszym. Dla wolniej kojarzących zaś powinien pojawić się dodatkowo fragment dialogu, w którym autor umieści zdanie: „Nie powinieneś zostawia tutaj tak
zawieszonego topora. On może wyrządzić komuś krzywdę”.

Na planecie Ziemia zupełnie nieprzyjętym i uważanym za objaw złego smaku jest przedstawienie rozwiązania problemu w ostatniej minucie, które było rzez całą opowieść zupełnie nieprzewidywalne i pojawiające się zupełnie bez zapowiedzi.
W starych westernach wiedziałeś przynajmniej, że zjawi się kawaleria albo, że zjawia się bardzo często. Jednak nawet i ona była zapowiadana przez kila wystrzałów lub odgłos galopujących na swoich rumakach jeźdźców, tylko po to by przypomnieć ci co się dzieje.

Nieoczekiwane i niezapowiedziane rozwiązania znane są w kulturze jako deus ex machina (dosłownie bóg z maszyny). I takim właśnie bogiem z maszyny jest obecnie Doctor Who.

Przyzwoity kryminał oferuje wam wystarczająco dużo wskazówek i poszlak, by móc rozwiązać zagadkę jeszcze przed tym, jak detektyw zbierze wszystkich w bibliotece by przedstawić swoje rozwiązanie.
Doctor Who zastępuje to prędkością, szybkim mówieniem i (co wydaje mi się cudownym elementem opowieści) chodzeniem z podniesioną głową niezależnie od sytuacji.
Nie wiem jak wy, ale ja nie odważyłbym się odpalić „na pych” statku kosmicznego, wyglądającego jak Titanic, nurkując nim wprost do atmosfery. Ale byłem zdolny wybaczyć to wszystko Doktorowi, ponieważ był jest on niesamowicie zabawny.

Cast with 10-th Doctor

Ludzie twierdzą, że Doctor Who jest serialem science-fiction. Przynajmniej ludzie, którzy nie wiedza czym jest science fiction twierdzą, że Doctor Who jest serialem science-fiction. Tak naprawdę Star Trek jest dopiero prawie S-F. Okropnie zatytułowany Star Cops, który został zdjęty z anteny zbyt wcześnie w latach 80 – tych ubiegłego wieku, był prawdziwym czystym fantasy, niewiarygodnym w niektórych aspektach, jednak ciągle możliwym. W rzeczy samej niektóre jego odcinki były ściśle oparte na prawach znanej nam fizyki (mówię tu o epizodzie „Conversations With The Dead”). Serial ten miał zwolenników, ale nigdy nie było ich zbyt wielu. Był inteligentny i dobrze przemyślany.

Doctor Who ma z kolei epizod w którym tłuszcz z ludzkiego ciała zostaje przemieniony w małe białe drepczące stworzenia. Nie mam pojęcia ile powinieneś mieć lat, by wpaść na taki pomysł. Sam Doktor przez lata stał się połączeniem Matki Teresy, Jezusa Chrystusa (popłakałem się ze śmiechu, prawdopodobnie powodując przemoczenie skarpetek, podczas epizodu z Titaniciem, kiedy Doktor zostaje uniesiony w niebiosa przez dwa złote aniołki) i Dzwoneczka z Nibylandii.
Nie ma niczego, czego by nie wiedział i czego by nie potrafił zrobić. Stał się obecnie Bogiem, zajmując po prostu nieobsadzony wakat. Ziemia jest chroniona. Jednak nie przez Torchwood, którzy są ludźmi i nie posiadają odpowiednich kompetencji. Serial zdecydowanie powinien być emitowany w niedzielę, by móc dzień święty święcić.

Mimo wszystko będę oglądał kolejny odcinek za tydzień, ponieważ jest czystym profesjonalizmem – napisany jako pierwszej klasy rozrywka, w której odbiorze pomaga czasem, gdy zostawisz swój mózg na wieszaku przy drzwiach. Jest zabawny, śmieszny, potrafi doskonale manipulować patosem i momentami chwały. Pamiętam twarz Davida Tennanta jako Doktora, obserwującego grupę chłopców z publicznej szkoły, rozstrzeliwujących karabinem maszynowym gang nacierających strachów na wróble (tańsze potwory w nowszych reinkarnacjach). Widziałem wtedy, że on wie, że Pierwsza Wojna Światowa jest zaraz za rogiem, a potworne strach na wróble stanął się wkrótce rzeczywistością.
Pamiętam też epizod „The Empty Child” – nigdy nie bałem się Daleków, jednak Puste Dzieci sprawiły, że miałem ochotę schować się pod kanapę.

Nie ma wątpliwości: pójdę z Doktorem, gdy zapyta czy chcę z nim ruszyć w nieznane, nawet pomimo dziwnego wyglądu, który zdecydowanie powinien zostać skonfrontowany z Tomem Bakerem. Doktor jest niezwykle zabawny i ma serce po właściwej stronie (nawet wtedy, gdy jego głowa orbituje w okolicach Jowisza).
Chciałbym tylko, by serial nie był klasyfikowany jako science – fiction. Wiele powiedziano o zgodności lub jej brakach z prawami fizyki w Star Trek, jednak można zawsze dorobić do nich odpowiednia teorię by uczynić je bardziej wytłumaczalnymi. Ale soniczny śrubokręt? Jakoś wątpię.

W Doctor Who warstwa związana z nauką jest prawdopodobnie grubości piksela. Przepraszam, ale nie sądzę, że możesz przenieść cały szpital na Księżyc, bez implozji wszystkich okien. Oh! Używasz pola siłowego? To wszystko tłumaczy.
Tu jest właśnie problem. Jedno stwierdzenie i wszystko jest jasne. Jednak to jest zabawne i czasem wręcz cudowne jak w odcinakach „Blink”, „Human Nature” i „The Family of Blood”.

Dla mnie chyba jest trochę za późno; mogę krzyczeć w kierunku ekranu telewizora różne obelgi, jednak ciągle będę oglądał w sobotę Doctora Who.
Poza tym Doktor wybiera sobie na partnerki podróży bardzo atrakcyjne dziewczyny, więc może być tylko lepiej.

Źródło

Autor: Marek Sobczak