świat dysku

Pogodynka


Zamknij się i pozwól mi skończyć moją opowieść!

2012-11-09 08:23:31

Skarb Narodowy, Sir Terry Pratchett opowiada o tym jak walczy o to by móc spokojnie odejść.

Minęło sporo czasu od kiedy Terry Pratchett, obecnie prawdopodobnie bardziej znany ze swego zaangażowania w walkę z chorobą Alzheimera niż z powodu milionów książek, które sprzedał, zaczął opowieść o tym, dlaczego nie boi się śmierci. I wydaje się być w pełni sprawny umysłowo.

Jak możesz bać się śmierci, skoro nawet nie wiesz czym jest ten stan? – Terry zastanawia się, ubrany w magiczną czerń, siedząc na pluszowej czerwonej ławce w May Fair Hotel w Londynie – Nie wiesz nawet czy „tam” będzie jakiekolwiek „ty”, by się o tym przekonać. Pamiętam kiedy miałem około sześciu lat zabrano mnie do… nie, nie do Wookey Hole… umm… do Mendip… gdzie są jaskinie… nazywają się…Somerset… Tak właśnie wygląda PCA.

PCA (atrofia tylnej części kory mózgowej) rzadka forma choroby Alzheimera, została zdiagnozowana u Pratchetta w 2007 roku, kiedy miał 59 lat. W pewnym stopniu uszkadza pamięć ale przede wszystkim jest najbardziej niszczący dla procesu postrzegania. W efekcie choroby pacjent nie jest w stanie efektywnie czytać ani pisać. Nie jest to jednak „koniec świata” jak twierdzi sam Pratchett, autor rozlicznych brytyjskich bestsellerów.

Terry Pratchett jest autorem ponad ponad 50 książek, 39 z nich wchodzi w skład absurdalnie fantastycznej serii Świat Dysku, która do tej pory została wydana w 38 językach.

Kontynuując swoją odpowiedź, Terry robi małą dygresję i pyta naszego fotografa czy można go wygooglować. Potem wykrzykuje swoją własną odpowiedź; „Jaskinie Cheddar!” i kontynuuje dygresję, opowiadając o tym jak potknął się na wystawie archeologicznej ze szkieletami, nie bojąc się jednak ani trochę, gdyż; jeśli coś jest za szkłem, nie może zrobić ci żadnej krzywdy. Potem wraca do pierwotnej odpowiedzi.

To czego tak naprawdę boją się ludzie to „zła śmierć”. Boją się być na wpół umarłymi, w jakiejś klinice, gdzie wszyscy dookoła będą się o ciebie potykać i cię trącać. Lub ciągle boją się, że wylądują w tym nieznanym miejscu nazywanym „piekłem” (choć obecnie nazywamy je: „Pod ścisłą opieką.” – odpowiada a potem chichocze (często to robi) w zupełnie zaraźliwy sposób.

Najbardziej inspirującą rzeczą w Prattchecie jest to, że mający obecnie 64 lata, największy bojownik planety o prawo do legalnej eutanazji, bardziej zainteresowany jest mówieniem o życiu niż o śmierci. Mówieniem w sposób zabawny, taki który słuchającego doprowadza do śmiechu.

Moja pamięć krótkotrwała nie jest zbyt sprawnie działająca – wyjaśnia Terry, mówiąc o swoim obecnym stanie – Z jednej strony, moja pamięć krótkotrwała nie jest zbyt sprawnie działająca… Liczyłem na śmiech w tym miejscu! Szybko zdajesz sobie sprawę, że to my jesteśmy bardziej przejęci zakładaniem uszkodzeń w umyśle Terrego Pratchetta niż on sam.

Nieco później, kiedy rozmawialiśmy o tym, że obaj mieliśmy naszych rodziców w szpitalach, w podobnym stanie, jak to określił Terry „zmumifikowanych w morfinie”. Kiedy wspomniałem o tym jak moja mama, przez całe życie pielęgniarka, powiedziała mi bym poprosił pielęgniarki o zwiększenie jej dawki morfiny (wskazała na cyfrowy wyświetlacz pokazujący ilość podawanej morfiny mówiąc: „To za mało”). Pielęgniarka wyjaśniła mi jednak, że nie jest możliwe zwiększenie dawki ze względu na Harolda Shipmana (znanego jako Doktor Śmierć), dając tym samym do zrozumienia, że większa dawka zabiła by ją.

Z tego co zauważyłem Pratchett nie skojarzył od razu postaci Harolda Shipmana, więc przypomniałem mu jego historię.
Oczywiście, że słyszałem o Haroldzie Shipmanie. – odpowiada z pasją – On uczynił dla asystowanej śmierci to, co mógł najgorszego. Powielił schemat jakiego używają managerzy średniego szczebla – „Nie chcemy zostać pozwani…”.
W tym roku Terrego zbulwersowała sprawa Tonego Nicklinsona (cierpiącego na tzw. syndrom zamknięcia) który przed sądem przegrał sprawę o zgodę na eutanazję i zdecydował się na śmierć głodową.
Let me finish my story!
Byłem wściekły – odparł Pratchett – Był w pełni władz umysłowych, był kochany przez rodzinę. Nikt mi nie wmówi, że eutanazja w takiej sytuacji byłaby morderstwem.

Przypomina, nieco optymistycznie, że wciąż wierzy w stworzenie instytucji „anty koronera”, który będzie zajmował się przewlekle chorymi, ich lekarzami i najbliższymi, wysłucha ich opinii „zanim choroba popchnie ich do ostateczności. Jeśli ktoś zarzuca, że eutanazja jest złem, bo odbywa się, poza opinią publiczną, to pozwólmy społeczeństwu patrzeć.”

Pratchett nieustannie pokazuje nam w swoich nagrodzonych nagrodami BAFTA dokumentach, prawdziwe oblicze Alzheimera (Living with Alzheimer’s, 2009) oraz procedurę obowiązującą w klinice Dignitas w Szwajcarii (Terry Pratchett: Choosing To Die, 2011), gdzie przedstawia opowieść o cierpiącym na chorobę neuronów motorycznych Petera Smedleya (71 lat), który umiera na fotelu w klinice, ze swoją żoną u jego boku.

Trwamy więc tak niezmiennie. – zauważa - Wszędzie gdzie eutanazja jest praktykowana nie stwierdzono żadnego przypadku, by ktoś ją wykonał wbrew woli chorego. Ludzie zwykli mówić: „Babcia będzie częścią gospodarki komunalnej”, jednak wiem, że tak się nie stanie. Dzwoniłem nawet w tej sprawie do w FBI. Teraz musimy się uporać z siedzącym nam na karku Watykanem. Bożymi fanatykami. I pseudo politykami, którzy myślą, że „mogą się chcieć nas pozbyć jeśli zmienimy prawo”. Dranie.

W 2012 wyobraźnia Pratchetta pozostaje tak silna jak jego osobowość. Moje twórcze ja wydaje się nadal żyć i o dziwo ma się bardzo dobrze. Wciąż jestem sobą.

Dodger jest jego najnowszą powieścią dla młodszych czytelników. To tętniąca życiem opowieść o przebiegłym łotrzyku w dickensowskim Londynie, pokazująca, że niezwykle żywotny język Pratchetta nie ucierpiał wcale, pomimo używania technologii rozpoznawania głosu przy tworzeniu książek.

Terry napisał ją po części dlatego, że kocha erę Wiktoriańską – To ta najbardziej interesująca. – ocenia i kwituje wypowiedź anegdotą o XIX wiecznym „gorsecie wojny” – a po części ponieważ młodzi potrzebują lepszego sposobu nauczania. – Młode pokolenie nie ma k#$%@ bladego pojęcia o historii.

Pratchett swoim zwyczajem przeplata rozmowę wtrąceniami, których nie da się uniknąć ani przerwać. Każda próba przeszkadzania i naprowadzania na temat właściwy, z toru opowiastek i anegdot, kończy się odpowiedzią ze strony Pratchetta: Zamknij się i pozwól mi skończyć moją historię! Czasami, kiedy pamięć go zawodzi zrzuca winę na swój wiek a nie na chorobę. Ma nawyk do wracania do historii z jego barwnej przeszłości. Opowiada o swoich rodzicach, których uwielbiał (jego ojciec był mechanikiem ze stoickim podejściem do życia a jego mama była budzącą respekt, światłą, ceniącą książki kobietą, która potrafiła widzieć przez skały), o tym jak był uznany destrukcyjną siłą w szkole w High Wycombe, o swojej astronomicznej obsesji oraz o tym jak to jako nastolatek ciągle chodził z magazynami Private Eye i Mad w teczce, pomimo wyraźnego sprzeciwu tradycjonalisty Harrego - dyrektora placówki.

W wieku 17 lat unikał uniwersytetu na rzecz dziennikarstwa prasowego w lokalnym Bucks Free Press, gdzie jego doświadczenia, już od pierwszego dnia były bardzo ekstremalne – zobaczył martwe ciało. Bardzo, bardzo martwe. Pomyślałem; to niesamowite, że można nadal wymiotować, kiedy w środku nie ma się absolutnie niczego czym można by wymiotować. To był tylko początek. Kolejną sceną, której był naocznym świadkiem, były porozrzucane po torach szczątki kobiety, która popełniła samobójstwo, rzucając się pod pociąg. Stała przy torach i paliła papierosy. Policzyłem niedopałki. Wypaliła sześć papierosów a potem rzuciła się wprost pod nadjeżdżający pociąg.

W tym miejscu opowieści Terry pierwszy raz wspomniał o eutanazji, mówiąc o pielęgniarce, która opowiedziała mu, że „dwa razy kogoś zabiła” w 1930. Zakończyła agonię chorego na raka pacjenta, na prośbę jego żony. Udusiła go poduszką – taka praktyka była nazywana „wskazaniem wyjścia”.
Nic dziwnego, że Po takim starcie kariery Terry stał się pragmatycznym realistą i profesjonalnym wyznawcą absurdu, jednoosobowym Monty Pythonem z satyrycznego opowiadania science fiction i humanistą bez religii. Nie wierzę w Boga Wojny Izraelitów – ogłasza obecnie, choć ma nadzieję, dzięki jego zamiłowaniu do nauki, że nasza energia może w jakiś sposób żyć wiecznie. Myślę, że kiedyś wszyscy będziemy tak myśleć.

W latach 70-tych on i jego żona Lyn byli pracującymi hipisami. Zdecydowali się na tylko jedno dziecko (Rhianna, która została odnoszącym sukcesy autorem scenariuszy gier komputerowych) jako wyraz oddania dla idei kontrolowania liczby narodzin (idei stanowczo wyprzedzającej ich czasy). Jak czuje się jako hipis posiadający majątek, którym obecnie dysponuje Terry?
Jeśli istnieje choć jedna rzecz związana z moim majątkiem, która sprawia, że jestem szczęśliwy to, fakt, że zdobyłem je nikogo nie krzywdząc. – uśmiecha się – Nikt nie wpadł w poważne kłopoty przez moje książki. Nie sprawiłem żadnego problemu wdowom i sierotom. Ludzie pytają mnie po prostu: „Czy możemy dostać jeszcze jedną książkę?” A ja odpowiadam: „Dobrze, tu jest jeszcze jedna” – kerching! (tak, to był odgłos kasy fiskalnej zliczającej zyski).

To wewnętrzna radość zawsze podtrzymuje na duchu Pratchetta. Nawet dziś dosłownie płacze ze śmiechu, wspominając zaloty do przyszłej żony, za czasów kiedy praktykował jako dziennikarz. Posiadał wtedy motor, ale nie miał samochodu. Nie będąc w stanie zapłacić zarówno za Chińszczyznę na kolację jak i za taksówkę, która miała zawieść ich na pierwszą randkę. W zmowie z sympatycznym taksówkarzem zamówił taksówkę na tył domu Lyn, wsiadł do niej a potem swobodnie podjechał do frontu, skąd mogli wspólnie kontynuować podróż.

Wrzuciłem więc mój motocykl w żywopłot za domem Lyn – Terry chichocze – Pozbyłem się kurtki z The Bell Star. Zamieniłem ją na odlotowe ubrania i wsiadłem do taksówki, która właśnie podjechała pod dom mojej przyszłej żony. Wyglądało to tak, jakbym przejechał całą drogę w taksówce, gdy w rzeczywistości zapłaciłem za podróż od tego czasu. I to zadziałało!

W obecnych czasach rokowania są dobre: - Ludzie z PCA mogą żyć długo. Przynajmniej tak mi powiedziano. - po prostu Terry kontynuuje pisane książek i forsuje (a także finansuje) coraz bardziej pilną dla niego, krucjatę w sprawie zmiany prawa, walcząc o możliwość do wspomnianego w słynnym wykładzie Podając rękę Śmierci (2010) jego sposobu na odejście z tego świata, we własnym ogrodzie, z brandy w jednej ręce i miksturą tabletek w drugiej, słuchając XVI wiecznego angielskiego kompozytora muzyki chóralnej, Thomasa Tallisa na swoim iPodzie.

Terry jest na pewno najlepszym rzecznikiem Ponurego Kosiarza, mistrzem we wprowadzaniu odrobiny światła rozjaśniającego nieuchronnie nadchodzącą ciemność. Okazuje się, ze Sir Terry Pratchett potrafi cię rozśmieszyć nawet na łożu śmierci.

Mr. Smedley śmiał się ze mną do ostatniej chwili. Powiedziałem mu, że biorę mnóstwo pigułek każdego dnia. Kiedy zabraknie tabletek w pudełku trzeba je wyciągnąć z kontenera. A to wyciskanie kolejnych dawek przypomina odgłosy toalety; ckck, bong, ck, ck, ping, splash!
To był ostatni jego uśmiech zanim odszedł. Śmiał się. Miał dobrą śmierć. Prawdopodobnie najlepszą z możliwych.


Źródło

Zobacz powiązane książki: Autobiografia, Terry Pratchett: Living with Alzheimer's

Autor: Marek Sobczak