Zobacz więcej z kategorii: wywiady

Terry Pratchett o jego najnowszej powieści, diagnostyce medycznej i kilku innych sprawach

2012-12-11 23:29:30

Terry Pratchett


Dopóki na scenie nie pojawiła się J.K. Rowling Terry Pratchett był autorem sprzedającym największą ilość książek w Wielkiej Brytanii. Jak donoszą zestawienia na ten temat, nadal sprzedaje ponad 3 miliony książek każdego roku, na całym świecie, z 70 milionami całkowitej sprzedaży. Napisał ponad 50 książek. Współpracował przy wielu innych; od książek z obrazkami dla małych dzieci, przez science-fiction dla dorosłych aż po Dobry Omen – humorystyczną książkę o Antychryście, współtworzoną z Neilem Gimanem.

Jednak najbardziej znany jest dzięki swojej, liczącej obecnie 39 części, serii Świata Dysku – niesamowitego zlepku czarownic, magów i zwykłych ludzi chcących dostosować się do coraz bardziej nowoczesnego świata fantasy.
Jego ostatnie tytuły to Niuch (najnowsza z dyskowych produkcji, skupiająca się na postaci komendanta i arystokraty wbrew własnej woli - Samuela Vimesa), Długa Ziemia (opowieść science-fiction o bohaterach, próbujących odnaleźć się w rzeczywistości nieskończonych, równoległych światów) oraz Dodger (powieść dla młodszych czytelników, zbudowana wokół przygód chłopca, Artfula Dodgera, który zainspirował Charlsa Dickensa do napisania postaci Olivera Twista). W powieści Pratchett umieszcza osobę Dickensa jak i wiele innych historycznych postaci (w tym reformatora i współzałożyciela magazynu Punch – Henrego Mayhewa).

W 2007 roku Pratchett ujawnił, że zdiagnozowano u niego chorobę Alzheimera. To z kolei spowodowało, że z czasem stał się zaciekłym bojownikiem o prawo do godnej śmierci a także autorem, powiązanych z tym zagadnieniem, filmów dokumentalnych; Terry Pratchett: Living with Alzheimer i Terry Pratchett: Choosing to Die.

Jego diagnoza, została sprecyzowana do atrofii tylnej części kory mózgowej (PCA), rzadko spotykanej odmiany choroby Alzheimera, która powoduje u niego trudności z czytaniem i pisaniem, jednak pozostawiła mu nadal możliwość tworzenia zwartych, zabawnych, głęboko poruszających powieści, w swoim zwykłym, bardzo szybkim tempie.

Wcześniej w tym roku ogłosił również powstanie Narrativia Productions (spółki nazwanej tak na cześć personifikacji jego bogini natchnienia), której celem działania ma być zajmowanie się adaptacjami jego prac.

Podczas krótkiej amerykańskiej trasy promocyjnej Dodgera Pratchett znalazł czas by porozmawiać z Klubem A.V. (amerykańskim czasopismem i portalem internetowym, zajmującym się nowinkami ze świata literatury, filmu, muzyki i gier video) o Narrativi, jego nowych metodach pracy, o tym dlaczego nie chciałby wrócić do starych oraz o tym dlaczego nie żałuje, że upublicznił informacje o swojej chorobie. Och, a także o bardzo złośliwym sposobie gdy w Laser Tag.

A.V. Club: Kiedy rozmawialiśmy pierwszy raz, 12 lat temu, zapytałem: „Co planujesz robić dalej?”. Ty od razu opowiedziałeś o pomysłach na kolejne osiem książek. Ciągle masz tego rodzaju plan w swojej głowie?

Terry Pratchett: Naprawdę wspomniałem wtedy o ośmiu książkach czy przesadzasz dla lepszego efektu?

A.V. Club: Naprawdę wyłożyłeś plan na kilka przyszłych książek, którego definitywnie trzymasz się do tej pory.

T. P.: W porządku, niech pomyślę. Jeśli będzie mi dane... Tak mówiła kiedyś moja babcia. Twoja też tak mawiała? Jeśli będzie mi dane, po powrocie do domu, będę pracował nad drugą częścią Długiej Ziemi. Jak tylko skończę czeka na mnie sporo pracy nad kolejnej części Świata Dysku. Jak wiadomo zwykle większość pracy wykonuje się przy drugim podejściu do projektu. Lubię jednak to robić, gdyż zwykle drugie podejście wychodzi mi dużo szybciej. Wielu ludzi, w tym także ja, chciałoby, bym po zakończeniu, zajął się pisaniem drugiej części Dodgera. Chciałbym mieć w dorobku jeszcze co najmniej jeden, dobry sequel.

Jednak z drugiej strony... Dawno, dawno temu myślałem by napisać książkę o tematyce footballowej, umieszczoną w Świecie Dysku (chodzi o piłkę nożną oczywiście). Pracowałem nad nią przez długi czas i zdałem sobie sprawę, że nie dam rady jej skończyć... Nie w ten sposób jaki planowałem. Podszedłem więc do niej bardziej intuicyjnie. Po prostu w pewnym momencie zobaczyłem jak to wszystko może się skończyć. W wielu, wielu przypadkach takie podejście sprawdza się najlepiej. W najlepszych moich pracach. Jeśli pozwolę komendantowi Vimesowi mówić to, co ma na myśli i działać tak, jak on by tego chciał, wyjdzie dużo lepiej, niż ja miałbym wkładać kwestię w jego usta.

W Niuchu Vimes jest postacią pierwszoplanową. Moim zadaniem było tylko opisać to, co komendant Vimes by zrobił. Wiemy jaki on jest, wiemy jak myśli, wiemy jaką osobą jest. Jedyne co pozostaje do zrobienia, to pchnięcie postaci na planszę do gry, a Vimes zrobi resztę.

Czasami dzieją się rzeczy, o których nawet bym nie pomyślał, aż do chwili kiedy wynikają same z siebie i rozwoju akcji. Dziękuję mojej pani, Narrativi za łaski którymi mnie obdarza.

Wracając jednak do piłki nożnej. Porzuciłem ten pomysł po napisaniu kilku tysięcy słów. Później, dużo później, coś zaskoczyło w mojej głowie, zrobiło „Ping!”. Wykrzyknąłem: „Wiem jak to ma się skończyć! Wiem gdzie ma zmierzać fabuła i to wcale nie jest ten kierunek, który założyłem!” Szukałem rozwoju fabuły w miejscu oczywistym, jednak go tam nie znalazłem. Skrywała się w zupełnie innym. Tak powstali Niewidoczni Akademicy. Teraz mam coś, co nazywam „niegrzeczną półką”. Mamy Świat Dysku, w którym wiele zostało zrobione. Mam też kilka eleganckich postaci, naprawdę niezwykłych, mających w sobie to coś. [Szepcząc] Ale nie mam za uja fabuły. Nie ma za uja fabuły!

A.V. C: Czy to typowe dla ciebie podejście do pracy? Bohaterowie pojawiają się przed fabułą? Jak to się zazwyczaj u ciebie odbywa?

T. P.: Cóż, bohaterowie są fabułą. To co robią i co mówią, oraz rzeczy, które się im przydarzają, są w rzeczy samej fabułą. Nie możesz tak naprawdę oddzielić postaci od akcji.

Przedwczoraj siedziałem z moją agentką. Powiedziała: „Opowiedz mi o planach na ten miesiąc.”. Poczułem się jakbym siedział przed swoim nauczycielem i z miejsca zacząłem kręcić na temat książki, nad którą pracuję. „W porządku. Wiem co się stanie, ponieważ to, potem coś innego, w innym miejscu, co nie sądziłem, że będzie istotne, teraz staje się ważniejsze. Wtedy pewien dżentelmen będzie pomagał mu robić różne rzeczy i... To już prawie wszystko, ale muszę zmienić sporo z tego co do tej pory napisałem, więc praca nie jest do końca na takim etapie, jak mogłoby się wydawać”.
Moja żona mówi, że wymyślam intrygi do moich książek nawet przez sen.

A. V. C: Brzmi to tak, jakbyś pracował w swojej głowie, przez większość czasu, nad czterema rzeczami naraz. Czy konieczna jest pomoc podświadomości, która podpowiada by ciągle pilnować stopniowego postępu prac?

T. P.: Cholera wie. Ja nie wiem. To po prostu mój sposób na pracę. Podczas współpracy ze Stevenem [Baxterem] nad Długą Ziemią były tylko trzy okazje by się spotkać, ponieważ nie mogliśmy podjąć decyzji. „Ty zrobisz to troszkę inaczej, a ja zmienię coś innego” i wtedy wyjdzie coś bardzo fajnego. Byłem bardzo zadowolony z tej współpracy, gdyż przebiegała tak samo jak wtedy, gdy kiedy pracowałem z Neilem [Gaimanem].

W ostatni piątek naszej współpracy przy Długiej Ziemi, bardzo chcieliśmy oddać rękopis do redakcji w tym samym dniu. Redaktor stał nad nami, a my w to jedno popołudnie wykonaliśmy mnóstwo pracy. To było jak eksplozja, tyle że w odwrotną stronę, gdy wszystko zeszło się do jednego punktu. W pewnym momencie Steve powiedział, że to „Dobry bit”. Naprawdę spodobało mu się poszczególne zdanie, które dodałem do treści, na co ja odpowiedziałem: „Myślałem, że sam je tutaj umieścisz”. Prawie identyczna sytuacja miała miejsce, kiedy Neil i ja pracowaliśmy nad Dobrym Omenem. Docenialiśmy wzajemną pracę, jednak w końcu, wraz z postępem prac zrozumieliśmy, ze to nasze wspólne dzieło.

A. V. C: Mówiłeś, że większość pracy wykonujesz podczas drugiego podejścia do projektu. Jak wykonujesz ponowne sprawdzenie tekstu, zważywszy na twój obecny sposób pracy?

T. P.: Nie „drugie podejście”. Miałem na myśli, że pierwszy szkic może mieć sporo niepotrzebnych komplikacji. Często zmieniam koncepcję w rękopisie, wybiegam przed aktualną akcję, upewniając się, że to co się ma wydarzyć ma odpowiednie podłoże w fabule.

Przede wszystkim mam całą koncepcję w moim umyśle.
Jak mogę teraz poruszać się po rękopisie, pomimo przeszkód wywołanych chorobą?
Przede wszystkim przy użyciu specjalnych programów do głosowej pracy z tekstem, takich jak TalkingPoint i Dragon. Słyszałeś o Dragon Dictate? To program czytający tekst.

Siadam czasem z zamkniętymi oczami słuchając jak Rob, mój asystent, lub ktoś z agencji, czyta to co do tej pory napisałem. Jeśli możesz sobie na to pozwolić to jedna z najlepszych metod pracy z tekstem. Tekst pisany ożywa w mowie, a to z kolei naświetla niektóre jego mankamenty. Małe błędy, których mogłeś nie zauważyć. Nawet jeśli mógłbym odzyskać umiejętność pisania na klawiaturze komputera, nie wróciłbym do tej metody. Jesteśmy małpami. Lubimy rozmawiać. Gadanie nic nas nie kosztuje. Więc możesz w sposób, w jaki teraz pracuję, napisać całą stronę, spojrzeć na nią, stwierdzić, że „nie jest to do końca to, o co mi chodziło”, wykasować ją całą i napisać na nowo dodając te malutkie fragmenty, które są konieczne dla tego, by twój tekst był kompletny. Kiedy korzystasz z metody wprowadzania tekstu za pomocą głosu to bardzo proste. Przecież to tylko mówienie. Nic nie znaczy. Natomiast po dłuższym czasie uderzania w klawisze możesz po prostu zaszkodzić swoim nerwom.
W drugim podejściu do tekstu wykonujesz większość pracy nad książką. Wtedy właśnie wygładzasz cały tekst. Wiele też zależy od trzeciego podejścia, czyli napisania dobrego zakończenia. Często sam nie jestem pewien, jakie będzie zakończenie, ponieważ lubię jak mnie zaskakuje. Jeśli uda mi się dobrze wykonać dwa pierwsze podejścia, dobre zakończenie przychodzi samo. Ten sposób do tej pory jeszcze mnie nie zawiódł.

Wiem, że brzmi to trochę jak człowiek siedzący w koszu na śmieci i grający pod wodą na trąbce. Ale to działa. Absolutnie działa!
Myślę, że Niuch jest jedną z lepszych książek jakie napisałem a tak naprawdę co zrobiłem, to jedynie dokładnie poznałem mentalność komendanta Vimesa i pozwoliłem mu działać w obliczu problemu, jaki przed nim postawiłem. Zaczerpnąłem z listy bohaterów i pozwoliłem działać Pani Narrativi. Ona dodała od siebie te wszystkie smaczki, których czytelnik się nie spodziewał.

A. V. C: Czy długo przygotowywałeś się do napisania Dodgera? Czytałeś ponownie dzieła Charlesa Dickensa, Henrego Mayhewa lub którejś z innych inspiracji?

T. P.: Dobre pytanie. W latach mojej młodości czytałem każdy numer magazynu Punch. Każdy autor, który tworzył w języku angielskim, w jakimkolwiek zakątku świata, czy to Ameryka czy Anglia, w pewnym momencie pisał dla Punch. Jerome K. Jerome, który napisał „Trzech mężczyzn w łódce”, książkę którą uwielbiam. Byłem też pod wielkim wrażeniem, kiedy przeczytałem fragment napisany przez Marka Twaina dla Punch i zdałem sobie sprawę, że pomimo faktu, że żyją na zupełnie innych kontynentach, Mark Twain i Jerome K. Jerome mają taki sam lakoniczny, niefrasobliwy stosunek do życia, który dałby się streścić w jednym zdaniu: „Ludzkość jest cholernie głupia, ale całkiem interesująca”. Mówili niemal jednym głosem.

Kiedy jest się nastolatkiem zauważasz takie rzeczy. Wielkie rzeczy. Więc patrzyłem na świat przez pryzmat magazynu Punch, począwszy od początków ery wiktoriańskiej aż po 1960 rok. Mam tu na myśli czytanie prac najlepszych satyryków i co za tym idzie najlepszych pisarzy. Cóż... Jeśli chcesz być kowalem to idziesz do kowala i obserwujesz jego pracę.

Na początek jednak zafascynowałem się epoką wiktoriańską, co dało mi dobre podwaliny pod napisanie Dodgera. Kiedy Neil był przez prawie cały czas w Anglii, często chodziliśmy do starych księgarni. Dzięki temu mam półki uginające się pod literaturą pełną wiktoriańskiego slangu i tym podobnych. Pełno tam też książek z epoki wiktoriańskiej, w których możesz odnaleźć rzeczy o których nie miałeś wcześniej pojęcia. Zbierałem je tak jak poszukiwacz pereł zbiera muszle. Pani Narrativia odwróci się w twoją stronę, jeśli tylko na nią zagwiżdżesz. Dla przykładu Dzień Świętego Nigdy” jest obecny w języku angielskim od bardzo dawna, na pewno w epoce wiktoriańskiej. „Czy możesz mi pożyczyć sześciopensówkę? Oddam na Świętego Nigdy”, co oczywiście było jednoznaczne z bezzwrotną dotacją. Takie smaczki bardzo przydały się przy tworzeniu Dodgera.

Postać Pani Holland jest zbudowana na historii prawdziwej kobiety, która prowadziła dom publiczny. Wygrzebałem wszystko co o niej wiedziałem, dodałem kilka rzeczy, które do niej pasowały i tak oto pojawiła się w powieści. Postać Dickensa też była łatwa, ponieważ be problemu można powtórzyć jego styl wypowiedzi, kiedy już raz przeczytałeś jego książkę. Ma wyrazisty styl, rzeczywiście był dziennikarzem. Dickens sprawia, że Dodger obiecuje, że nie będzie opowiadał swojej historii żadnemu innemu reporterowi. To jedna z tych rzeczy, które zwykli mówić dziennikarze. Dickens właśnie tak się zachował w kilku miejscach powieści.

A. V. C: Cała ta historia żyła sobie spokojnie w zakamarkach twojego mózgu, czy wracałeś do materiałów źródłowych, podczas pisania tej książki?

T. P.: Prawie wszystko wiedziałem. Myślę, że sprawdzałem kilka rzeczy, jak na przykład, gdzie w tamtym okresie żył Mayhew lub kto był gubernatorem Bedlam. Jednak w większości pamiętałem wszystko, co chciałem umieścić w książce. To wspaniała zabawa, kiedy masz całe życie na spacerowanie brzegiem morza i zbieranie muszli, kiedy w końcu znajdujesz muszlę z małżem w środku. [Śmiech]

A. V. C: Niektórzy nazwali Dodgera formą fanfiction, ponieważ łączy w sobie wszystkie postacie o których wspominałeś.

T. P.: Czy nie jest fanfiction powiedzenie: „Och, lubię Pana Spocka, więc napiszę coś o nim”? Dlaczego to jest fanfiction?

A. V. C: Cóż, łączysz ze sobą postacie literackie i te prawdziwe, których jesteś fanem.

T. P.: Jesteś całkiem blisko prawdy, jednak ja bym to ujął w inny sposób.
Pozwól mi wyjaśnić jedno: zapominamy o przeszłości z własnej woli. Wielu z nas tak robi. Wiele wspaniałych słów, używanych w przeszłości odchodzi w zapomnienie. Dla przykładu „firkytoodle” (termin oznaczający w epoce wiktoriańskiej grę wstępną). „Czy miałeś kiedykolwiek okazję firkytoodle”? Cóż, jeśli jesteś żonaty to być może i miałeś. Dużo zawdzięczam epoce wiktoriańskiej. Głównym powodem dla którego napisałem Dodgera był fakt, że jako nastolatek przeczytałem „Londyn ludzi pracy i Londyn biedoty”, książkę, która okazała się być dla mnie niezwykłym materiałem źródłowym.

Nie jest istotne czy nad twoją głową latają smoki – epoka wiktoriańska miała w sobie coś z fantasy. Rozmawiałem z różnymi ludźmi i pytałem ich o to czy znają tą książkę. Zawsze odpowiadali, że nie. Mayhew rozmawiał ze wszystkimi. Spisał ich opowieści. Łatwo możesz wyczytać poziom ubóstwa tamtych ludzi między wierszami. Nikt w Stanach Zjednoczonych nie mógłby żyć w ten sposób. Nawet niewolnicy. Jednak ludzie o tym zapomnieli.

Pewnego razu powiedziałem jakiemuś dzieciakowi, że mój ojciec mógłby podać rękę Wyattowi Earpowi. On powiedział, że to nie możliwe, bo Wyatt Earp jest z przeszłości. Wówczas odparłem: „Mój ojciec też”.

Mój ojciec miał 9 lat kiedy umarł Wyatt Earp. Nigdy też nie był w Stanach Zjednoczonych. Jednak nie zabrzmiało to jak element historii. Bardziej jak „nie tak dawno temu”, jednak nie tak dawno jak bitwa pod Agingourt.
Tak naprawdę napisałem Dodgera dla Mayhewa. By jego wspaniała książka nie poszła w zapomnienie. Przez to, że sam żył w tej epoce, nie mówi bezpośrednio o wszystkim co chciałby powiedzieć, jednak łatwo domyślić się co ma na myśli. To doskonała zabawa.

Połączyłem te wszystkie postacie, bo bardzo chciałem połączyć je razem. Przemawiają do odbiorców, że „właściwie wszystko w tej książce jest prawdziwe, poza głównym wątkiem”.

A. V. C: Co w takim razie z Sweeneyem Toddem?

T. P.: To co zrobiłem w jego przypadku, to sprawiłem, że jest bardziej realny, niż był w rzeczywistości.

A. V. C: Skąd wziął się pomysł na taką a nie inną interpretację jego postaci?

T. P.: Czy można tu dostać serię książek autorstwa Bernarda Cornwella – Sharpe? Sharpe to doskonale opracowane badania. Warto zapoznać się z tym autorem.
Pod koniec Wojen Napoleońskich ciała poległych układano pod murami w stosy, by łatwiej było zdobyć szczyt. Tak właśnie toczyły się wojny w tamtych czasach. W takich czasach zdajesz sobie sprawę, jak relatywne mogą być pewniki.
Rozważmy doktora. Jego zadaniem jest nie zabijać ludzi. Jednak na polu walki, mógł łamać tą zasadę. Ludzie byli rozszarpywani przez wystrzały z armaty, krzyczeli w agonii. Wówczas znajdował się zwykle nóż, który pomagał im umrzeć.
Może pomyślałeś: zapewne widział niewyobrażalny horror na polu walki, co najmniej tak okropny jak Vietnam. Być może nawet gorszy, bo nie było wtedy prawdziwej medycyny. Jednak w końcu był lekarzem. Nie do tego był przygotowywany. Nie chciał zajmować się ludźmi rozerwanymi na kawałki. Chciał starać się im pomóc. Wiemy jak te czasy mogły wpłynąć na przyzwoitego człowieka.
To właśnie przydarzyło się jemu. Ciągle miał przed oczami obrazy wszystkich ludzi, których musiał zabić.

A. V. C: To o czym mówisz jest bardzo mrocznym materiałem źródłowym, jednak w Dodgerze wydaje się przede wszystkim bardzo romantyczną postacią.

T. P.: Nie bardzo romantyczną. Pamiętaj, że mój romantyczny bohater musi poradzić sobie ze zwłokami. Jednak ciało, którym przyszło mu się zająć, nie zostało uśmiercone przez niego. Dostanie przyzwoity pogrzeb. A następne życie być może zostanie uratowane.

A. V. C: Co spowodowało, że podszedłeś do odkrywania Dodgera w taki sam sposób, jak przedstawiałeś realne postacie zamiast potraktować go jak postać fikcyjną?

T. P.: Myślę, że na pewnym etapie to po prostu stało się dla mnie jasne: „Dlaczego nie miałbym napisać o chłopcu, który stał się inspiracją dla Dickensa, do napisania jego książki?”.

A. V. C: Czy odnajdujesz siebie w postaci Dodgera? Lub czy odnajdujesz swoje własne doświadczenia życiowe w tym czego on próbuje dokonać?

T. P.: Jeśli istnieją takie podobieństwa, to zapewne odnajdą je czytelnicy. Ja ich nie widzę. Odnajduję siebie w komendancie Vimesie, ponieważ użyłem składowych mojego charakteru i doświadczeń do zbudowana tej postaci. Jestem dzieckiem z domów komunalnych, kamienic. Udało mi się dostać Order Imperium Brytyjskiego. Ka-ching! Niedługo po tym pewna starsza pani stanęła nade mną z wielkim mieczem – dostałem tytuł szlachecki. To była królowa. Jest malutką kobietką.

Kiedy było już po ceremonii, moja mama – jestem bardzo szczęśliwy, że udało jej się dożyć tego momentu – siedziała w swoim wózku inwalidzkim bardzo blisko królowej. Miały identyczne fryzury. Pomyślałem wtedy: „Mam nadzieję, że nie pomieszam ich i wrócę z właściwą damą do domu.” [śmiech] To byłoby bardziej interesujące dla przyszłości świata.

W takich sytuacjach myślisz sobie: Jak udało mi się przejść do tego punktu w moim życiu? Kim jestem, że było to możliwe? Co takiego się stało?
Vimes dokonał tego samego. I jest mocno zagubiony. Ma mnóstwo pieniędzy, nie jest już chłopakiem jakim był wcześniej. Czuje się zawstydzony, co wydaje się być w pewien sposób niemądre. To właśnie robimy z naszym własnym wstydem, my pisarze - przerzucamy go ze swojego wnętrza i wkładamy w usta swoich postaci.

A. V. C: Skupiasz się na Vimesie przez ostatnie lata pozostawiając inne postacie w zapomnieniu.

T. P.: Kolejna wydana książka, mam nadzieję, będzie skupiać się na nowej postaci. Dobrze jest pisać o postaci którą wszyscy znają. Jestem przekonany, że wiele fanów chciałoby bym pisał o Vimesie cały czas. Jednak nie mam Vimesa na liście oczekujących postaci. Skończyłem też z Tiffany Obolałą. Jeśli kontynuowałbym jej historię, stała by się częścią cyklu o czarownicach. Tiffany jest wystarczająco dojrzała.

W Wielkiej Brytanii, nikt nie przejmuje się tym, o kim będę pisał dalej. I tak przeczytają kolejną książkę. Młodzi będą czytać książki dla dorosłych, dorośli będą czytać książki dla dzieciaków. Oczywiście dla obu grup wiekowych są one dostępne, co jest bardzo pożyteczne dla literatury fantasy.

A. V. C: Czy inaczej podchodzisz do pisania książek, których odbiorcami mają być młodsi czytelnicy, jak do tych, które są dla dorosłych?

T. P.: Młodzi i dorośli to prawie to samo. Byłem zaskoczony, że obaj moi wydawcy dali mi pełne przyzwolenie na niektóre, dość drastyczne części Dodgera. Powiedzieli: „Dzisiejsze dzieciaki wiedzą wszystko o wampirach i tego typu sprawach”. To już nie są takie dzieci, jakimi byliśmy my.

Naprawdę podobało mi się, kiedy Dodger przebrał się za staruszkę, by odebrać zwłoki, szczególnie sposób w jaki pobił faceta, próbującego okraść starszą panią. Taka scena z pewnością sprawdziła by się w filmie. W końcu przecież cel uświęca środki. Tak jak w Zadziwiającym Maurycym na przykład. Jest w nim wiele mroku. Na tyle dużo, że jedna z matek w Ameryce napisała do mnie o tym, że przeczytała Zadziwiającego Maurycego swojej małej córeczce. Jest tam bardzo paskudna część, kiedy to szczury walczą przeciwko sobie, aż do śmierci. Ona była przygnębiona tym fragmentem, a jej mała córeczka nie. Mała dziewczynka poklepała mamę po kolanie i powiedziała: „Nie martw się mamusiu. Wszystko dobrze się skończy”. Mała dziewczynka wiedziała, że tak zbudowane są opowieści. Masz prawo pokazać ludziom mrok, jednak na końcu musisz ich z niego wyprowadzić.

A. V. C: Myślę, że książki, które kierujesz do dorosłych, działają wedle tej samej zasady. Twoi bohaterowie musieli walczyć bardzo mocno o swoje zwycięstwa, często przechodząc przez wiele mroku. Zawsze jednak na końcu udaje im się wydostać.

T. P.: I bardzo dobrze! Uważam, że po prostu jestem takim typem facetem, nie sądzisz?

A. V. C: Książki, które kierujesz odpowiednio do młodszych lub starszych czytelników różnią się stylem, czy to jedynie kwestia podejmowanego tematu?

T. P.: Początkowo bardzo się tym przejmowałem. To chyba typowe. Załóżmy, że wspomnę o Fab Four [grupa grająca utwory The Beatels]. Które dziecko w ogóle będzie zdawać sobie sprawę z istnienia takiego zespołu. Cóż, w obecnych czasach może będą wiedzieć, nie mogę być tego pewien. Musisz założyć, ze dzieciaki w pewnym wieku nie będą rozumieć niektórych pojęć czy słów. Kiedy byłem młody, pracowałem w miejscowej bibliotece. Pewnego dnia przenosiłem książki. Pewna pani zapytała mnie, jaką książkę poleciłbym dla sześciolatka. Odpowiedziałem wtedy; „Książkę przeznaczoną dla siedmiolatków”. Ona zapytała: „Dlaczego?”. Odparłem: „Bo dziecko powinno się rozwijać”.

Kiedy byłeś dzieckiem, bez wątpienia czytałeś książki nie dla dzieci. Czy mówiłeś o nich swojej mamie? Czy rozumiałeś wszystkie słowa w tamtym czasie? Ja nie rozumiałem na przykład słowa „ogr”. Nie wiedziałem nawet jak je prawidłowo wymawiać, gdyż nie słyszałem nigdy, żeby ktokolwiek używał go w zdaniu.
Czytałem literaturę przeznaczoną dla dorosłych, bo miałem taką możliwość w bibliotece. Mogłem tam biegać dookoła i czytać co chciałem. Nawet te o rzeczach, o których dzieciak nie powinien wiedzieć. Rodziców nie było przy mnie, więc nie byłem bardzo zawstydzony, tylko mówiłem: „O to interesujące słowo. To interesujące, co oni robią”. Takie rzeczy zapadają w pamięć i w końcu przychodzi taki czas, gdy zdajesz sobie sprawę, z tego co one oznaczają.
Nie sądzę, że możesz powiedzieć: „Och to nie jest dla dzieci” w odniesieniu do słowa pisanego, tak jak możesz to uczynić w odniesieniu do innych rzeczy.

A. V. C: Wspomniałeś scenę z Dodgera, gdy ten przebiera się w kobiecy strój, że byłaby odpowiednia do zrealizowania filmu. Myślisz, że powstanie film na podstawie Dodgera?

T. P.: Mam nadzieję. Teraz mam własną firmę produkcyjną. Może będziemy w stanie zdziałać coś w tym temacie.

A. V. C: Twoja firma produkcyjna powstała by zajmować się produkcjami telewizyjnymi. Myślisz również o produkowaniu filmów? Czy widziałbyś raczej Dodgera jako serial telewizyjny?

T. P.: Jeśli będzie to możliwe. Chciałbym tego, gdyż spółka mogłaby mieć wpływ na bieżące zmiany w filmie. Wiemy, że Hollywood potrafi spieprzyć nawet najlepszą historię.
Przy czymś takim jak Dodger wszystko musi być zrobione jak należy. Sami Raimi chciał zekranizować Wolnych Ciutludzi, wiedziałeś o tym?

A. V. C: Tak. Z tego co wiem Terry Gilliam miał też ekranizować Dobry Omen. Pojawiło się sporo takich okazji w ostatnich latach.

T. P.: Tak, w rzeczywistości jednak Sam Raimi przyszedł, ponieważ chciało tego studio, nie ja. Rozmawiałem z Samem przez cztery godziny i naprawdę wie, o co chodzi w Wolnych Ciutludziach. To co on chciałby zrobić w swoim filmie jest mniej więcej zgodne z moją koncepcją. Z tego co twierdził Sam, studio chciało by zrobić opowieść w stylu Disneya.

Myślę, że to było w Wolnych Ciutludziach, gdy jedna ze starszych czarownic powiedziała: „Jesteś głupcem jeśli wypowiadasz życzenia do gwiazd. Gwiazdy są stanowczo za daleko i nie potrafią słuchać”. Tiffany nie ma łatwo aż do samego końca, kiedy to dopiero dostaje nagrodę za ciężką pracę. Nie dlatego, że była dobra. Nie dlatego, że była miła. Została nagrodzona bo po prostu zajęła się problemem i rozwiązała go.

A. V. C: Co dzieje się z pomysłem Raimiego? Istnieje szansa na realizację jej w przyszłości?

T. P.: Pam Pettler [Gnijąca panna młoda, Straszny dom, 9] napisał bardzo dobry scenariusz. Krąży gdzieś tam w eterze. Mieliśmy pewne trudności z moim agentem Ralphem Vinvinanzą. Był dość „oszczędny w słowach”. Nie chcę oczerniać jego nazwiska, jednak jak traktować kogoś, z kim kontaktuje się Disney, twierdząc, że chcieliby zrealizować jedną z moich książek, a on nie mówi mi o tym aż do momentu, kiedy sami przedstawiciele Disneya przyjechali na konwent w Anglii, by móc porozmawiać ze mną osobiście. Było to w pół roku po tym jak skontaktowali się z moim agentem.

To był początek końca naszej znajomości. W niedługim czasie zmarł. To nie moje dzieło. Przyrzekam. Zastanawiałem się tylko, jak wiele innych rzeczy nie zrobiłem przez niego. Miał jakąś przewlekłą chorobę? Nie wyglądał jakby cierpiał na jakąś.

Czy były jeszcze jakieś inne małe projekty, o których nie wiemy? Cóż skupimy się na nich później. Póki co, jeśli chcesz wiedzieć, pracujemy nad serialem telewizyjnym Straż. Uwielbiam ten pomysł. Pracujemy nad nim wraz z Rhianną. Ona jest cholernie dobrym pisarzem. Chce go rozwijać, więc zobaczymy jak to się wszystko potoczy. Ta produkcja na pewno nie zakłóci porządku serii Świata Dysku. Po prostu poprowadzi historię od momentu, w którym kończy się ona w książce.

A. V. C: Chcesz osobiście zaangażować się w serial telewizyjny? Masz na to czas?

T. P.: Będę osobiście zaangażowany. O tak! Zaangażowany jak diabli. Wiem jednak, że ludzie, którzy będą zajmować się tą produkcją, są warci zaufania. I potrafią odnaleźć się w Świecie Dysku. Powiem ci jak blisko w sposobie działania są umysły moje i mojej córki.
Gdy była jeszcze nastolatką zabrałem ja na konwent. Jego część odbywała się na zewnątrz. Było lato. Ludzie grali w Laser Tag. Zapytali nas, czy nie mielibyśmy ochoty przyłączyć się do jednej z drużyn. Przyłączyliśmy się. Przygotowywaliśmy się właśnie do akcji. W jednej drużynie byliśmy ja, Rhianna i dwóch facetów, w przeciwnej 4 innych mężczyzn.

W zasadach istnieje zapis, że jeśli ktoś jest trafiony, możesz podnieść i używać jego broni. Zabrzmiał gwizdek dający znak rozpoczęcia rozgrywki.
Wymieniliśmy z Rhianną porozumiewawcze spojrzenia, po czym strzeliliśmy do dwóch pozostałych facetów w naszym zespole. Mogliśmy walczyć, każde uzbrojone w dwa pistolety. Nie byłem tak dobry jak sobie to wyobrażałem. Pamiętam jednak, że Rhianna przede mną szarżowała na cytadelę, z szaleństwem w oczach. Pomyślałem wtedy: „To moja dziewczynka”. [śmiech]

A. V. C: Masz idealną osobę do odegrania roli Sama Vimesa?

T. P.: Widuję się od czasu do czasu z aktorami i zastanawiam się: „Czy byłby w stanie zagrać całą rolę?”. Wchodzi tu w grę wiele składowych. Na pewnym poziomie Vimes nie przepada za sobą. Dobrzy aktorzy mogą zagrać w ten sposób. Nigdy do końca nie wiadomo. Na pewno jest gdzieś aktor, który będzie potrafił zagrać tą rolę.

A. V. C: Twoja choroba Alzheimera i walka o prawo do godnej śmierci, stały się głównymi tematami rozmów przeprowadzanych z tobą. Nie boisz się, że przesłaniają one twoją pracę?

T. P.: Jestem zdenerwowany, gdy dziennikarze zaczynają od pytań o chorobę. To bardzo wkurzające. Jestem już tym zmęczony. Mówię wtedy, że „Większość problemów z jakimi muszę się uporać, wynika z mojego wieku, a nie z choroby”.

Czytając ostatnie osiem książek, które napisałem, cierpiąc na PCA, nikt nie zauważyłby, że mam tą chorobę. Wszystkie książki stały się bestsellerami. Ludzie są wprowadzani w błąd. Sam wprowadziłem ich w błąd, gdyż kto inny zmylił mnie samego. PCA to specyficzna odmiana Alzheimera. Jest stosunkowo powolna. Odebrała mi najpierw zdolność pisania na klawiaturze. Rozgryzłem to.
Znam wiele osób, starszych ode mnie, całkiem dobrze się trzymających. Kilka szczegółów się zmieniło, jednak nie widzę większej różnicy, pomiędzy mną a dziadkiem zastanawiającym się „Gdzie ja położyłem moje buty?”
To tego typu rzeczy. Nie stoję na środku ulicy i nie zastanawiam się, gdzie jestem, czy coś w tym stylu.

A. V. C: Czy żałowałeś kiedykolwiek tego, że przyznałeś się do swojej choroby publicznie?

T. P.: Absolutnie nie. Niezależnie od wszystkiego innego – muszę ci to powiedzieć, choć się wstydzę – moja pozycja wzrosła znacząco, ponieważ stałem się „panem z telewizora”. Nie występowałem zbyt często w telewizji. Moje wyniki sprzedaży znacznie się poprawiły. Poszedłem dalej i zacząłem walczyć o prawo do godnego umierania w Wielkiej Brytanii. Sporo osób, którzy nie są „bożymi fanatykami”, jest po mojej stronie. Szczególnie klasa pracująca, która tak naprawdę może nie mieć wystarczająco dużo pieniędzy, by mieć dobrą śmierć. To wszystko sprawiło, że poczułem się lepiej. Nie spodziewałem się tego. Tak naprawdę nigdy tego nie chciałem. Jeśli dzięki temu udało mi się zdobyć jakiekolwiek pieniądze, przeznaczam je na akcje charytatywne.
Mówić ciągle prawdę to sposób bycia, którego się trzymam. W przeciwnym wypadku byłoby mi wstyd.

A. V. C: Jeśli miałbyś pozostawić po sobie tylko jeden zapis wolałbyś, by było to: „Był niestrudzonym orędownikiem, który zmienił świat ludzi pragnących godnej śmierci”, czy raczej „Był świetnym pisarzem”?

T. P.: Wybrałbym „świetny pisarz”. Choć nie sądzę bym takim był. Wiem, że mam rozpoznawalny styl. Myślę, że możesz zobaczyć Terrego Pratchetta w każdej z moich książek. Lubię pisać. Byłem kiedyś dziennikarzem i myślę o sobie jako dziennikarzu. Taka jest prawda. Napisałem kiedyś nawet książkę pod tytułem „Prawda”.


Źródło

Zobacz powiązane książki: Długa Ziemia

Autor: Marek Sobczak