Nie dotykać!


przycisk końca świata



Zobacz więcej z kategorii: recenzje

Recenzja Zimistrza

2012-12-27 22:00:12

Zimistrz jest trzecią częścią przygód młodej czarownicy - Tiffany Obolałej. Zaraz po otwarciu książki czytelnik zostaje zaskoczony, ponieważ poza słownikiem Feeglów, obecnym w każdej pozycji z cyklu, już na samym początku Terry wprowadza nas w sam środek akcji. Musimy przeczytać prawie całą powieść, umierając z ciekawości i nie mogąc doczekać się rozwiązania intrygi. Poza oczywistymi związkami damsko – męskimi, kłopotliwymi dla obu stron, prowadzącymi nas na granicy absurdu, czyli tam gdzie rozpoczyna się humor Świata Dysku, autor skupia się na wprowadzeniu w życie Greeba, interesującej kociej postaci (ale o tym sza – musicie sami przeczytać jak to się skończy). A to dopiero początek.

Jako, że Tiff ma niecałe trzynaście lat, rozpoczęła parę miesięcy temu, terminowanie u Panny Spisek – najstraszniejszej czarownicy w całym Lancre, która dzięki swoim stu trzynastu wiosnom może nawet o Babci Weatherwax mówić „ta dziewucha”. Terry sporo uwagi i bardzo wyrazistych opisów poświęca zarysowaniu tej charakterystycznej postaci, tylko po to by (zgodnie z najnowszymi wytycznymi katalogów Boffo) po kilku stronach wysłać Pannę Spisek (wyposażoną w swoją kanapkę z szynką) do zupełnie innego świata, niedostępnego dla śmiertelników. Dzięki takiemu sprytnemu zwrotowi akcji pałeczkę może przejąc nasza bohaterka - Tiffany - czarownica zielonych wzgórz i błękitnego nieba.

W Świecie Dysku magia dzieje się na każdym kroku, a wartka akcja przenosi nas wprost na pokaz Tańca Morris. Pratchett wplatając zaczerpniętą z brytyjskiej kultury, formę tradycyjnego tańca, daje jasny wyraz i nadzieję czytelnikom, że coś podobnego może się zdarzyć także i w Świecie Kuli. W budowaniu nastroju nasz ulubiony autor wydaje się nie mieć sobie równych. Z powodzeniem zestawia mroczność zbudowanych scen z pełnym rytmu i pulsowania, opisem niezwykłego tańca. Młoda wiedźma, nosząca w duszy swoją krainę, w rytm tańca pór roku, wtańczyła się do jednej z najstarszych historii w świecie... Historii, gdzie Pan Zimy spotyka się z Panią Lata (na jedno, krótkie mignięcie oka) tylko po to, by jak rzekł sam Pratchett, wszystko się pomieszało.

Pratchett nie dając czytelnikowi chwili odpoczynku na pozbieranie myśli i zrozumienie powagi sytuacji wynikającej z pozornie błahego wtrącenia się młodej wiedźmy w rozgrywany od dawien dawna spektakl, kontynuuje swoją opowieść. Zimistrz zakochuje się w Tiffany Obolałej, a ona... Ona, no cóż. Poza zmaganiem się z Nac Mac Feeglami czytającymi jej dziennik i listy od Rolanda, pilnowaniem Horacego (który zachowuje się bardziej jak Feegel niż jak to czym jest), pilnowaniem Annagrammy przed zepsuciem wszystkiego i bogami, którzy mogą ją obserwować przy kąpieli, ma jeszcze inne zmartwienia. Cudowne namnożenie kur jest jednym z najmniejszych...
Widać wyraźnie, że autor nie przedstawia już Tiffany jako zdezorientowanej dziewczyny. Wyraźnie podkreśla coraz większą odpowiedzialność, jaką bycie wiedźmą odciska na barkach Tiffany. Czytelnik ma wrażenie, że młodociana czarownica coraz poważniej podchodzi do umiejętności, które pozwalają jej bronić mieszkańców swoje wioski.

Terry nie zapomina jednak, że poza byciem wiedźmą, Tiff jest ciągle bardzo młodą dziewczyną i musi też zmierzyć się z tym, co nie ominie każdej dorastającej kobiety - pokazaniem chłopakowi, gdzie jego miejsce.
Świetne sceny z udziałem Niani Ogg (która miała już trzech mężów) i Babci (która kategorycznie zabrania Niani używania Języka) stają się dla Pratchetta polem do mistrzowskiego wręcz flirtowania z tym, za co czytelnicy kochają go najmocniej – humorem, który delikatnymi niedopowiedzeniami i ciętymi ripostami ze strony starszych czarownic, tworzy koktajl wywołujący uśmiech, którego nie powstydziłby się żaden błazen na egzaminach wstępnych do Gildii. Dołóżmy do tego Nac Mac Feegli, Zimistrza i jego góry lodowe (całe szczęście, że nie widać ich twarzy) i Rolanda (oglądającego akwarele innej) i mamy przepis na doskonale spędzone nad lekturą wiele godzin.

Mimo, że Lancre i Kredę pokrywają coraz to nowe metry śniegu, akcja sprawia, że rumieńce wstępują na twarze czytelników. Tiff stara się jak może, żeby pozostać sobą, pomimo natłoku obowiązków (a która czarownica nie ma natłoku obowiązków) oraz braku snu. Tylko jedzenia nie brakuje, dzięki uprzejmości pewnego starożytnego artefaktu, który chwilowo znalazł się w rękach młodej czarownicy.
Po kolejnym spotkaniu z Zimistrzem, Tiffany Obolała wraca do Kredy, ale i tu Pan Zimy ją odnajduje. Jeżeli jesteście ciekawi zakończenia tej historii, zapraszam do lektury.

W „Zimistrzu” obserwujemy, poza głównym wątkiem, również ciekawy rozwój postaci Rolanda. Z dziecka staje się młodym mężczyzną, który musi stawić czoło przerażającej rzeczywistości (często zawierającej całą masę niebieskich ludzików), a także dwóm przerażającym ciotkom, oraz zadaniu zostania Bohaterem.

Gdy już zostaniesz wciągnięty, drogi Czytelniku, w Świat Dysku, na pewno któraś z licznych postaci przedstawionych przez Sir Terrego przypadnie Ci do gustu. Być może będzie to, tak jak w moim wypadku, właśnie Tiffany i jej zmagania, nie tylko z poznaniem magii, ale także ze sprostaniem wobec oczekiwań współbratymców z rodzinnej wioski. Młoda osoba obdarzona nie tylko mocą ale i inteligencją, a także innymi rozlicznymi talentami (z których robienie sera nie jest wcale najmniej ważnym). Czasem, gdy po raz kolejny wczytuję się w tą książkę, zastanawiam się, czy ja bym tak dobrze sprostała temu, co spotyka Tiff. Terry daje, nadzieję, że jednak tak.

Poza świetnymi postaciami w Zimistrzu znajdziemy fascynujące wyjaśnienie dlaczego mężczyźni się żenią, czy płatki śniegu zawsze są takie same. Poznajemy przeszłość Annagrammy a także kolejne umiejętności niezawodnej Babci Weatherwax. Książka trzyma poziom serii. Czyta się ja wyśmienicie.
Jednym zdaniem – witajcie znów w niesamowitym Świecie Dysku!

„Zadziwiające, co skłonni są znosić ci mężczyźni. Ale to pobudza do myślenia”
Tiffany Obolała, Zimistrz

Zobacz powiązane książki: Zimistrz

Autor: Marek Sobczak