świat dysku

Pogodynka




Zobacz więcej z kategorii: dyskowa kuchnia

Pikantne cukiniowe leczo Rincewinda.

2013-01-20 21:59:32

Potężny wybuch wstrząsnął Biblioteką Niewidocznego uniwersytetu. Kiedy kurz opadł i przeliczono wszystkie członki, okazało się, że nie znaleziono żadnych poważniejszych ofiar. Przynajmniej ofiar w ludziach. Najbardziej poszkodowany okazał się Bibliotekarz, który akurat siadał do drugiego śniadania, kiedy doszło do niekontrolowanej eksplozji w dziale: „zaklęcia, którymi nie możesz sobie zrobić krzywdy”.

Bibliotekarzowi przeszło przez myśl, że będzie musiał sprawdzić, czy aby na pewno studenci zawsze odkładają na miejsce książki po zakończeniu czytania, jednak aktualnie bardziej interesowało go, jak usunąć wystającego z ucha banana.

Nie wiem czy wiecie, ale kiedy do ucha orangutana włoży się banana (rym niezamierzony, ale jednak swoim poziomem ogólnie pasujący do przeglądów piosenek aktorskich) w jego organizmie zachodzą niepokojące zmiany. Zmianą, która najbardziej niepokoiła Bibliotekarza był fakt, że w żaden sposób nie mógł przekonać się do bananów. Nie wiadomo, czy łupina rzeczonego owocu zaburzyła równowagę w jego uchu wewnętrznym, czy też był to uraz psychiczny, który wmawiał jego wewnętrznemu małpiszonowi, że banan, którego ma zaraz zjeść, w każdej chwili może eksplodować i zamienić się w pędzący z oszałamiającą prędkością pocisk, czyniący prawie tak wiele szkód co rozwścieczony kosmita z PMS.

Mijały dni, Bibliotekarz chudł, bo jedyne, co mógł spożywać to kleiki, które bardzo rzadko smakowały choćby trochę lepiej niż klej do naprawy książek. A Bibliotekarz zjadł nie jeden taki klej w swoim życiu, więc wiedział o czym mówi.

Pogarszający się stan Bibliotekarza bardzo zmartwił kolegów magów. Tak naprawdę to zmartwiło ich to, że gubiący się w Bibliotece studenci przychodzili do nich i zadawali mnóstwo skomplikowanych pytań. Tak jakby to, że jest się magiem znaczyło, że ma się odpowiedź na każde pytanie. Oczywiście, że znaczy to, że zna się odpowiedź na każde pytanie, ale nie oznacza, że ma się czas, by tych odpowiedzi udzielać. A tym bardziej ochoty.

Magowie postanowili więc zareagować. W wyniku tajnego zebrania kapituły i anonimowego głosowania, Rincewind (nie spodziewaliście się chyba innego wyniku. Uwierzcie, Rincewind też) został mianowany Lekarzem Małpiszona i miał udać się z tajną misją do Biblioteki, by odnaleźć wśród mądrych tomów sposób na chorobę Bibliotekarza.

Rincewind nauczył się, że przed przeznaczeniem nie ma co uciekać, a choć się ucieka, to w końcu się wpada na nie z całym impetem i dostaje karne odsetki za zwłokę (oj nie lubił nasz mag słowa „zwłoka”. Liczba mnoga od niego bardzo źle mu się kojarzyła), więc dzielnie naciągnął swój kapelusz na głowę na tyle głęboko, żeby jak najmniej go było widać i ruszył przez drzwi Biblioteki, przygotowany na najgorsze. To co zastał po przekroczeniu progu było jeszcze gorsze. Książki pod nieobecność Bibliotekarza wyrwały się zupełnie spod kontroli. Wyrwane stronice latały w powietrzu. Połamane okładki zwisały bezwiednie a ostre jak brzytwa szczęki drapieżnych ksiąg kłapały swobodnie wyrwane z okowów magii.

Książki zajęte sobą przez chwilę nie zwracały uwagi na Rincewinda, jednak po chwili porzuciły bójki między sobą i zwróciły się wszystkie w stronę kapelusza dzielnego Lekarza Małpiszona i zaczęły gonić go kłapiąc coraz bliżej ostrymi zębami (które z bliska wydały się Rincewindowi jeszcze bardziej przerażające niż sobie był w stanie wyobrazić).

Nauczony doświadczeniem (Tak nasz mag miał doświadczenie w takich sytuacjach) nie czekał na większą zachętę i ruszył biegiem w kierunku odwrotnym do zagrożenia.

***

Po tym jak zatrzasnął drzwi i usłyszał jak co groźniejsze książki próbują się przez nie przegryzać, wiedział, że jego misja nie będzie wcale prosta. Zerknął pod swoją szatę, pod którą trzepotała się wystraszona książka.

A może choć raz się do mnie uśmiechnęło szczęście i ta książka to „100 sposobów leczenia chorób u magicznych orangutanów”? – przeszło magowi przez głowę. Z nadzieją spojrzał na okładkę. Szybko przekonał się, że jego szczęście wyjechało na wakacje i prędko nie zamierza wracać, ani nawet wysłać pocztówki. „Dania z cukinii na każdą okazję” – mogło być gorzej oczywiście, ale Rincewindowi nie przychodziło do głowy w jaki sposób. Bez Bibliotekarza książki za niedługo wyrwą się z Biblioteki i nie wiadomo co się stanie. Wiedział tylko, że ma duże szanse tego nie przeżyć.

***

- Zaczynaj – Nadrektor popędzał Rincewinda, który siedział w auli Uniwersytetu z książką kucharską w ręce. – Ponoć masz już opracowany sposób na wyleczenie małp… naszego kolegi. Działaj. Może studenci się czegoś nowego nauczą.

Rincewindowi ręce trzęsły się prawie tak mocno, jak kiedy ostatnio pomagał Cohenie zapinać napierśnik. Postanowił jednak zaryzykować i pójść na żywioł. Otworzył książkę na przypadkowej stronie i jego oczom ukazał się przepis na Pikantne leczo z cukinii. „Jeśli to posmakuje Bibliotekarzowi i go wyleczy to chyba zjem swój kapelusz” – pomyślał Rincewind a głośno powiedział: - Proszę wnieść patelnię i rozpalić pod nią ogień!

Jeden ze studentów pośpiesznie wbiegł z rzeczona patelnią. Rincewindowi podobało się, że ktoś słucha tego co mówi. Wczuł się, więc w rolę nie zauważając w ogóle pomruku zdziwienia pośród kolegów magów, którzy sięgali głęboko do swojej pamięci, ale za nic nie mogli sobie przypomnieć zaklęcia w którym potrzebna byłaby patelnia. Kociołek owszem, czemu nie, ale patelnia? Rincewind jednak niewzruszony kontynuował:

- Proszę wkroić pół cebulki i dodać 2 łyżki oleju – student pokroił cebulkę ukradkiem ocierając łzy a Rincewind mamrotał nad patelnią narodowy hymn Klachtu, żeby nikt się nie zorientował, opuszczając co drugie słowo. Gdzieś w głowie plątała mu się myśl, którą usłyszał w okolicach Lancre, że cała sztuka to zachowywać pozory.

Kiedy więc podawał kolejne składniki, czyli 6 pokrojonych w plasterki dorodnych pieczarek i 2 czerwone papryki pokrojone w kostkę, jedną drobno pokrojoną papryczkę chilli i pokrojoną w drobne cząstki, wydrążona z gniazd nasiennych cukinię oraz 2 dojrzałe soczyste pomidorki. Całość Rincewind kazał dusić kilkanaście minut i doprawić solą i pieprzem a sam, jako, że skończyły mu się słowa Klachtańskiego hymnu jako ostatni zaskakujący efekt dodał odrobinę bułki tartej - ostatnia nutkę kompozycji.

- I co teraz? – zapytał Nadrektor.
- Teraz oto, przy pomocy tej magicznej mikstury – Rincewind pokazał kolorową mieszankę wszystkim zebranym w auli rozsiewając smakowity zapach dookoła – wyleczę Bibliotekarza.

Nabrał sporą łyżkę potrawy i podał ją wystraszonemu Bibliotekarzowi, który z ociąganiem przełknął kęs leczo. Jego mina zmieniła się diametralnie i kilka razy wykrzyknął Uuuuk! Okazało się, że nie wystarczyła jedna łyżka, gdyż Bibliotekarz pomimo męczącej go choroby spałaszował całą patelnię przygotowanej przez Rincewinda potrawy i zagryzł bananem, który o dziwo już go wcale nie przerażał.

- Kto by pomyślał, ze cukinia może uratować Niewidoczny Uniwersytet – pomyślał Rincewind i profilaktycznie schował książkę kucharską pod kapelusz – kto wie, czy się jeszcze kiedyś nie przyda. No i może znajdę tu jakiś przepis jak dobrze przyrządzić kapelusz maga…

Autor: Marek_Sobczak