świat dysku

Pogodynka


THE GROUCHO PUB

2013-03-11 21:44:32

W Es-magazine ukazał się artykuł o pisarzach i miejscach, gdzie lubią przebywać i być może nawet pisać. Każdy z pisarzy napisał swoją własną notkę na ten temat.
Oto co napisał Terry:


Kiedy szukałem jakiegoś londyńskiego klubu, do którego chciałbym wstąpić, razem z moim agentem udaliśmy się do The Athenaeum, ale warunkiem członkostwa było... noszenie krawatu.

W The Groucho, myślę, że nie dbają, czy masz cokolwiek na sobie.
No i mojitos tutaj są doskonałe, zwłaszcza kiedy płaci ktoś inny. I do niedawna była tam urocza sofa, która zjadała telefony komórkowe - wtulasz się w nią, a ta "cholera" potrafi zeżreć telefon prosto z twojej tylnej kieszeni. Proszę zauważyć, że ja zawsze odzyskuję swój.

Dokładnie mówiąc, przyjeżdżam do Londynu, ponieważ to jest rewelacyjne miejsce do kupowania kapeluszy.

Chodzę do Bates'a na Jermyn Street, albo Lock and Co. Kapelusze są dla mnie tym, czym buty od Jimmy'ego Choo dla kobiet.

Kiedy jestem tutaj, zwykle spotykam się z moim współpracownikiem Rodem Brownem w The Groucho, żeby pogadać o interesach. Przeprowadzałem sporo wywiadów, jak i udzielałem ich tutaj. Najbardziej pamiętną osobą, jaka tu spotkałem był Terry Gilliam. Przyszedłem z Neilem Gaimanem ponieważ Terry chciał zrobić film na podstawie naszej książki "Dobry Omen". To był pierwszy raz, kiedy przyszedłem tutaj w związku z czymś tak dużym, ale film nigdy nie powstał.

Obserwuję tu wielu ludzi, ponieważ to jest dobre miejsce do tego i nikt niczego nie zauważa. Wszyscy autorzy są Obserwatorami. Ja patrzę na ludzi cały czas, robię notatki w pamięci; nie do końca wiesz, jaki klejnot masz "załadowany" w głowie, dopóki nie usiądziesz w domu przed procesorem słów. W swoim gabinecie mam mały ołtarzyk poświęcony bogini narracji Narrativi, która uśmiecha się łagodnie do pisarzy wysyłając boską inspirację, kiedy słowa stają się trudne i podstępne.

The Groucho inspiruje także komediowo. Jadłem tu kiedyś, siedząc obok Terry'ego Jonsa (jest całkiem dużym mężczyzną i lubi jedzenie). Poprosiłem mojego asystenta, Roba Wilkins'a, żeby zamienił słówko z szefem kuchni i podszedłem do Terry'ego po koniec posiłku, niosąc tacę i mówiąc - "Wafer-thin mint, monsieur?", co jest cytatem z jednego z przedstawień wielkich Monty Pythonów. Wszyscy serdecznie się uśmialiśmy.

Ale jeśli zastanawiacie się, czy przyszedłbym do The Groucho, żeby umrzeć, to nie zrobiłbym tego. Chcę umrzeć w blasku słońca - Australia mogła by być niezła. Właściwie nie sądzę, że umrę w Australii, bo ją lubię.
Może polecę na Marsa,żeby tam umrzeć.


Opublikowano w Es-magazine, cotygodniowym dodatek do Evening Standard, autor-Hannah Nathanson

Autor: 4Jola