Nie dotykać!


przycisk końca świata

Zobacz więcej z kategorii: dyskowa kuchnia

Szarlotka Patrycjusza

2013-04-16 23:37:00

- Więc powiada pan, nadrektorze, że jeśli tego nie zrobię, magia wymknie się wam spod kontroli i zniszczy miasto?
- To właśnie miałem na myśli, Havelocku - Mustrum Ridicully splótł ręce na frontowej części swej potężnej osoby. - Choć słowa "wymknie się spod kontroli" niezupełnie oddają istotę sytuacji.
- Sytuacja, której nie można kontrolować, to sytuacja, która wymknęła się spod kontroli - frontowa część osoby lorda Vetinariego była znacznie mniej okazała, jednak splatanie na niej rąk wypadło co najmniej równie efektownie. - Jeśli wytłumaczysz mi, Mustrumie, dlaczego wasza Gablota Osobliwości domaga się szarlotki upieczonej własnoręcznie przez patrycjusza tego miasta, i będzie to wyjaśnienie choć trochę sensowniejsze od bzdur, jakie już w tej sprawie usłyszałem - będę gotów jeszcze raz zastanowić się nad oceną sytuacji.
- Niestety, sir - nadrektor pokręcił głową. - Gablota Osobliwości nie jest artefaktem, z którym można by dyskutować. Ośmielam się powiedzieć, że prezentuje upór i poziom argumentów, z jakimi spotkałam się dotąd wyłącznie u pani Whitley w niektórych dniach miesiąca. Traktuje szarlotkę jak rodzaj należnej sobie daniny, i po jej otrzymaniu obiecuje się nie naprzykrzać przez następne... - tu Ridicully spojrzał na wyjętą z rękawa małą karteczkę - trzydzieści siedem do czterdziestej pierwszej potęgi lat, co daje...
- Dziękuję - Vetinari nie lubił zbyt drobiazgowych wyliczeń. - No cóż, to chyba wszystko. Musimy częściej rozmawiać o sprawach miasta, drogi nadrektorze. Niech mi pan nie pozwala się dłużej zatrzymywać.
Gdy za nadrektorem zamknęły się drzwi, Vetinari pokręcił głową w niemym podziwie. Ilość problemów, które potrafiła stworzyć na poczekaniu a następnie rozwiązać cudzym kosztem magia zawsze wprawiała go w zdumienie.
- Drumknott, co o tym sądzisz?
- Nie podsłuchiwałem, sir - sekretarz skłonił się głęboko.
- Oczywiście, że nie. Słuchałeś całkowicie jawnie, na moje wyraźne polecenie. Dlatego pytam.
- Obawiam się, sir...
- No właśnie. - Vetinari podniósł się zza biurka. - Przejdźmy do kuchni.
- Znalazłem książkę kucharską - Drumknott tryumfalnie zdmuchnął kurz z wytłuszczonej, płóciennej okładki. - Zawiera sto dwadzieścia trzy przepisy na ciasta z jabłek.
- To na nic, Drumknott - lord Vetinari pedantycznie mył ręce nad kuchennym zlewem. - Gablota jest uparta, to ma być szarlotka i obawiam się, że nic nie może jej zastąpić.
- Wasza lordowska mość, szarlotka jest właśnie ciastem z jabłek.
- Jesteś tego pewny? - rzut oka na stronicę książki upewnił patrycjusza, że sekretarz miał rację. - Zawsze myślałem, że to raczej coś z budyniem. Co to jest?
- Fartuch, sir. Na czarnych szatach bardzo widać mąkę.
- Ach, prawda, mąkę. Czy jesteś pewien, że dokładnie zamknąłeś drzwi?
- Cztery klucze, wasza lordowska mość. I dodatkowo dwie kłódki.
- Znakomicie. Wobec tego czytaj po kolei.
- Weź cztery iaica, bacz ieno, aby kurze były, gęsie, kacze ani też pelikanie się nie nadayą.
- Mamy w spiżarni pelikanie jajka? - zdziwił się patrycjusz.
- Nie, sir, ale kurze są. Oto one. Wbiy żółtka do misy glinianey alibo porcelanowey alibo iaką tam masz.
- Jaką tam mam, Drumknott?
- Blaszaną, wasza lordowska mość. Białka zasię do garnuszka odley. O bogowie!
- Cóż takiego, Drumknott?
- Mnie się to jeszcze w życiu nie udało... zawsze muszę rozpaprać. Tysiące razy próbowałem.
- Przywilej pierwszego razu - Vetinari otarł czoło przedramieniem. - Co dalej?
- Doday kostkę masła, łyżkę proszku do pieczenia, mąki wiele iaica zabiorą i wygniatay, aże gładkie ciasto otrzymiesz - przeczytał Drumknott.
- Wiele jajca zabiorą? - Vetinari podniósł brwi, więc Drumknott nie zwlekał z wyjaśnieniem.
- Tak mówiła moja babcia, sir. To znaczy ile się zmieści.
- Aha. No to wsypmy szklankę, może półtorej - chude dłonie z wahaniem zanurzyły się w zółto-białej substancji. Po pełnej ciszy i napięcia półgodzinie ciasto zaczęło przypominać gładką masę.
- Co dalej, Drumknott? - Vetinari tym razem do wytarcia czoła użył brzegu fartucha.
- Teraz ciasto w zimne miejsce odłóż, a obieraniem iabłek się zatrudniy. Czytać dalej, sir?
- Może nie, te jabłka mi chwilę zajmą. Pięć dużych wystarczy?
- Na pewno, sir. Proszę pozwolić zauważyć, że dawno nie widziałem tak precyzyjniej strużyny.
- A widziałeś kiedykolwiek? - zdziwił się niemile patrycjusz.
- Owszem, tak właśnie obierała jabłka moja babcia, wasza lordowska mość.
- W szkole Gildii Skrytobójców precyzyjne zdejmowanie skóry było warunkiem zaliczenia pierwszego roku. Co dalej, Drumknott?
- Teraz zetrzyi iabłka na grubey tarce, bacz ieno, by palców nie porznąć a krwie do iabłek nie przymieszać.
- Doskonale. Auć! To nic, nawet krwi nie widać. Co dalej, Drumknott?
- Iabłka przypraw rodzynkami, cynamonem, skórką pomarańczową i czym tam zechcesz, waruy się ieno cukru dodawać.
- Czemu? - brwi Vetinariego znów powędrowały do góry.
- Nie mam pojęcia, sir, tak tu piszą. Teraz weźmiy z chłodnego mieysca ciasto a wylep niem formę i do ciepłego pieca wsadź aże się podpiecze.
- A co z jabłkami?
- Jabłka włoży pan na podpieczone ciasto, sir.
- Aha. No to mamy chwilę czasu.
- Niestety, wasza lordowska mość. Tu jest napisane że gdy się ciasto podpieka, w nosie nie dłub ani bezczynności się nie oddaway, ieno białka od czterech zółtek na pianę ubij, ćwierć funta cukru miałkiego dodayąc.
- Jest i cukier. Już myślałem, że to będzie wytrawna szarlotka. Drumknott, czy my się zbliżamy do końca?
- Tak, sir. Powiedziałbym, że się bardzo zbliżyliśmy. Kiedy iuż ciasto podpieczone posiędziesz, włóż na nie iabłka, a na iabłka pianę z białek. Wsadź wszystko do pieca a piecz, aż piana sztywną się stanie i lekko rumienić pocznie.
- Drumknott...
- Proszę, sir, oto kieliszeczek żołądkowej gorzkiej na wzmocnienie. To panu dobrze zrobi, proszę mi wierzyć.
- Dziękuję. Co o tym sądzisz? Czy ta piana poczęła się rumienić?
- Moim zdaniem bez wątpienia tak, sir. Wyjmiy ciasto z pieca a Gablocie Osobliwości alibo inney cholerze ofiaruy. Ieśli nie masz w perspektywie ratowania świata, spożyi ie sam albo z kiem drugiem, kogo uczęstować pragniesz. Czy mam posłać ciasto na Niewidoczny Uniwersytet?
- Oczywiście - Vetinari starannie otrzepał ręce. - A potem niezwłocznie wracaj do kuchni.
- Po co, wasza lordowska mość? - przeraził się sekretarz.
- Póki piec ciepły, upieczemy drugie takie samo. Szkoda byłaby nie skosztować.

Autor: Minerwa