Zobacz więcej z kategorii: fan klub

Sorry chłopaki, ale jesteśmy tu dla Terry'ego...

2013-04-29 13:53:13

Ten dzień miał stać się pamiętnym dla mnie oraz Joli i Przemka - mieliśmy się
spotkać z żywą Legendą, samym Mistrzem... Dla mnie omal nie stał się takim dniem z zupełnie innego powodu - Los jak zwykle pogrywał sobie ze mną od samego rana i prawie stanęłam oko w oko z Porażką... Tak jest zawsze, gdy próbuję wprowadzić w życie PLAN. A o jaką złośliwość Losu chodzi i do jakiej Porażki to mogło doprowadzić przemilczę...

Siedzieliśmy na sali w oczekiwaniu na trójkę autorską, wokół sporo ludzi, wszyscy podekscytowani, w napięciu czekali na pojawienie się głównych bohaterów. Wreszcie weszli Jack i Ian, usiedli jednak ich pojawienie nie wywołało specjalnych emocji - nasza Jola skomentowała ten fakt: "Sorry chłopaki, ale jesteśmy tu dla Terry'ego, no wiecie..." Po dłuższej chwili, z tyłu sceny otworzyły się drzwi (które w dalszej części opowieści odegrają niemałą rolę) i Rob wprowadził Mistrza.

Jego wejście obudziło widownię, która zagrzmiała nagle oklaskami... Owacja trwała przez cały czas usadzania sir Terry'ego za stolikiem, pomiędzy Jack'iem i Ian'em a także jeszcze dłuższą chwilę po umoszczeniu się Mistrza na foteliku. To była wielka, wzruszająca chwila. Siedzieliśmy w trzecim rzędzie i wydawało się, że już bliżej być nie można... Takie dziwne uczucie kiedy osoba, którą podziwiasz a do tej pory była postacią ze zdjęć nagle ożywa i znajduje się tak blisko.
3 wspaniałych autorów książki Nauka Świata Dysku IV

Spotkanie poświęcone było oczywiście IV części Nauki Świata Dysku, której tytuł "Dzień sądu" już w jakiś sposób nakreśla fabułę. Ale nie o tym chcę mówić. Przez półtora godziny mieliśmy niezwykłą okazję do słuchania snutej w żartobliwym tonie opowieści na temat historii powstania serii Nauki Świata Dysku, oraz krótkiego przeglądu kolejnych części. Głównym opowiadaczem był Ian, jego nienachalny i humorystyczny sposób opowiadania oraz urok osobisty wzbudził sympatię i pozyskał zapewne wielu fanów po tym spotkaniu (ja jestem już jedną z jego fanek), Jack wtrącał się od czasu do czasu, tak samo sir Terry czasem coś od siebie dodał.

Terry przez dużą część wieczoru walczył ze słuchawką i mikrofonem, które wciąż niechcący zrzucał sobie z ucha a potem nie bardzo potrafił je założyć z powrotem. Wywoływało to falę ciepłego śmiechu a mnie bardzo wzruszało... Dowiedzieliśmy się, że pisanie książek z tego cyklu jest procesem żywym - tzn. wciąż ewoluuje i zmienia się. Terry nakreśla fabułę i pisze rozdziały, które potem Jack oraz Ian uzupełniają w naukowe detale i teorie. Rozdziały się rozrastają, ale postacie Terry'ego mają to do siebie, że nie zawsze słuchają swego stwórcy i wymykają się spod kontroli, w efekcie czego następują roszady i przemieszczenia. Części rozdziałów przesuwają się w tył lub przód. Przeniesieniu ulegają także naukowe kawałki. Czasem nawet jak przyznaje Ian, dokonywana jest radykalna operacja chirurgiczna, kiedy pozbywają się większości napisanego już tekstu.

Najbardziej rozbawiło mnie stwierdzenie obu, bądź co bądź naukowców, że jednak bardziej odpowiada im rzeczywistość dyskowa, gdzie świat nie rządzi się prawami nauki, bo tam nie trzeba zgłębiać istoty zjawisk. Na kuli fakt ziania ogniem przez smoki zostałby sprawdzony na wszystkie sposoby a wnioski wysnute przez naukowców różnej profesji powiedziałby by nam: Smoki nie mogły ziać ogniem. Na dysku, na pytanie "jak i dlaczego smoki zieją ogniem?" odpowiedź jest prosta i zadowalająca: Bo są smokami.

Gdy Ian zaczął omawianie ostatniej książki od stwierdzenia, którym zaczynał omawianie wcześniejszych, czyli: "Świat Kuli znów ma kłopoty..." - na sali rozległy się śmiechy. A gdy dokończył zdanie: "... tym razem z mocno fanatyczną sektą religijną", śmiech zatrząsł Conway Hall w posadach. Ian powiedział to z charakterystycznym, szelmowskim błyskiem w oku. Nie będzie tu streszczenia wszystkiego co zostało powiedziane na spotkaniu, a to z tego względu, że nie pamiętam tego. Być może, Jola i Przemek zechcą napisać swoje wspomnienia a złożone razem da to jakąś całość. Na koniec puszczono w obieg po widowni mikrofon a fani mogli zadawać pytania Terry'emu. Pierwsze pytanie było chyba na temat ulubionej postaci Terry'ego, odpowiedział, że Tiffany, bo chyba najbardziej obrazuje jego osobę z lat młodzieńczych - a potem mam czarną dziurę, wiedziałam, że za chwilę nastąpi koniec spotkania, w objęciach ściskałam kartkę od Was i od Nas, którą miałam wręczyć i pomału zaczął mi się włączać tryb
przedTerry'ospotkaniowy czyli postępujący paraliż myśli oraz ciała. Spotkanie dobiegło końca, rozległy się oklaski i po chwili Mistrz zniknął za drzwiami, z których wcześniej wyszedł, drzwi się zamknęły a na scenie pozostał tylko Jack i Ian a w nas serca zamarły, jak to - no a co z nami? Pamiętam, że niegdyś po takich spotkaniach Terry zostawał i rozmawiał z fanami i to byłaby nasza szansa.

Wyszliśmy z naszego rzędu i podeszliśmy do Chrisa z niemym pytaniem "Co teraz?" a Chris wzruszył ramionami i powiedział: "Pogadajcie z Robem to od niego teraz zależy." Rob jest faktycznie kilkoma osobami w jednym ciele. To bardzo energiczny, sympatyczny i uroczy facet. Kręcił się jak fryga pomiędzy pomieszczeniem gdzie był Mistrz a salą. Fani powoli opuszczali widownię, została tylko grupa oszołomów Chrisa, przyjaciół i znajomych Terry'ego no i my.
Wręczanie kartki Robowi Wilkinsonowi

Rob zszedł na dół, Chris rzucił mu słówko na nasz temat i Rob się zatrzymał, przywitał i przypomniał sobie rozmowę na skypie podczas niedawnego zlot w Wiktoriańskim Mgnieniu. Widok kartki i naszej nadziei na wręczenie jej Mistrzowi skwitował z przeuroczym uśmiechem (od którego topnieje serce). "Jakie to słodkie" i obiecał załatwić nam rozmowę z Terrym. Poszedł, wrócił za moment i powiedział "Za 5 min, Terry jest właśnie w łazience." Weszliśmy na scenę, rzuciliśmy wszystkie nasze rzeczy pod ścianę, Przemek złapał aparat i stanęliśmy pod drzwiami. Po chwili drzwi się otworzyły i na sztywnych z wrażenia nogach, z sercem bijącym gdzieś w okolicy uszu weszliśmy.

Terry stał z rękami założonymi na piersi, tak jak widzieliśmy go przez większość wieczoru. Wyczuwało się lekki dystans - jednak biorąc pod uwagę objawy choroby, które już są widoczne dla kogoś kto miał do czynienia z chorymi na Alzheimera, to sama bym tak się zachowała w stosunku do obcych osób - powiem jednak szczerze, że miałam ochotę rzucić się mu na szyję i ucałować, nie zrobiłam tego, ale zachowywałam się chyba jak na haju, na mnie takie spotkania wpływają przerażająco. Przekazałam kartkę, opowiedziałam jak długo czekała na wręczenie, powiedziałam kim dla nas jest, że Go kochamy, że dał nam fajną rodzinę, którą są ludzie z forum.
szczęściary Niania i Jola wraz z Terrym Pratchettem

Prawdę powiedziawszy pewnie zrobiłam wiele błędów językowych, nawet nie byłam w stanie tego skontrolować. Potem Jola przytomnie spytała jak Terry się czuje wiedząc, że ma taki wpływ na ludzi - odpowiedział, że nie myśli o tym kiedy pisze, po prostu ma pomysł i siada żeby napisać książkę. Potem dostaliśmy pozwolenie na zrobienie zdjęć, obie z Jolą przytuliłyśmy się do Niego... Potem podziękowałyśmy raz jeszcze i wyszłyśmy. Podziękowałyśmy także Robowi. Przyznam się, że za drzwiami rozpłakałam się na co Chris odpowiedział solidnym miśkowym uściskiem. Byliśmy jedynymi zwykłymi fanami przyjętymi przez Terry'ego. Stanęłam przed Wielkim człowiekiem, który fizycznie okazał się niewysokim, drobnym starszym panem - to było moje pierwsze wrażenie na widok Mistrza. To, że w końcu udało się wręczyć kartkę i, że mogłam znaleźć się tak blisko tego Wspaniałego Człowieka zawdzięczam jakby nie było Wam czyli forum oraz misji...

Teraz myślę o tym aby jeszcze udało mi się kiedyś powtórzyć takie spotkanie, poza tym razem z Jolą żałowałyśmy, że czekając na spotkanie z sir Terry'm nie miałyśmy czasu aby podejść do Ian'a bo zrobił na nas ogromne wrażenie i zauroczył nas. To chyba zadanie na przyszłość - rozmowa z Ian'em Stewart'em. No i kolejny cel - Rob Wilkins, to naprawdę fascynujące, jak jedna Wielka Osobowość i chodzące Poczucie Humoru czyli Terry, potrafi skupić tak ogromną ilość pozytywnych i niesamowitych ludzi w okół siebie - to prawdziwa magia...

Potem były zdjęcia z Mr.Boggis'em (kto czytywał artykuły o Wincanton, ten co nieco wie o tej postaci), z Rob'em, Chrisem. A potem poszliśmy do restauracji z "oszołomami" praczetowymi, czyli z grupą prawdziwych fanów Terry'ego i jego znajomych, którzy są od lat blisko z Mistrzem. Było śmiesznie do bólu brzucha, wysłuchaliśmy opowieści Chrisa, ale także reszty "oszołomów", uśmialiśmy się jak hieny i zostaliśmy zaproszenie we wszystkie możliwe miejsca, szczególnie do Wincanton i na teraz (Spring Fling), i na czerwiec. Prawie wszyscy także wykazali się ochotą na pojawienie się na jakimś zlocie w Polsce.
To zupełni wariaci, którzy podporządkowali całe swoje życie fanowaniu. Świat Dysku rządzi w ich życiu... Nawet wizytówki mają jako postacie ze ŚD.
spotkanie w restauracji

Wszystko jednak się kiedyś kończy, skończył się także i ten cudowny dzień. Będzie on jednak miłym wspomnieniem, które dało nadzieję na przyszłość i na to, że każde marzenie przy odrobinie wysiłku i chceniu może być zrealizowane, nawet wbrew złośliwości Losu...

Zobacz powiązane książki: Nauka Świata Dysku IV Dzień Sądu

Autor: Nanny_Ogg, Fotki: Jetsky