Zobacz więcej z kategorii: fan klub

Co robiłam na wakacjach w Wincanton

2013-05-11 16:48:54

Podobno w Świecie Dysku wszystko jest możliwe. Ta wszechmożliwość jest też tak zaraźliwa, że wystarczy dołączyć jakoś do grona fanów, by się o tym przekonać.
Organizując nasz zlot w Mgnieniu Ekranu, przekonałam się o tym na własnej skórze. Nie tylko dlatego, że po spotkaniu z Chrisem Boote, który przyjechał wtedy na zlot, rozmowa z Terrym przez Skype okazała się możliwa i całkiem wykonalna, to jeszcze dlatego, że chwilę później dowiedziałam się, że mogę pojechać na Zlot do Wincanton - prawdziwego raju dla Dyskomaniaków.

Czy zniesiesz Prawdę? - głosiła ulotka z programem, jaką otrzymałam na miejscu.
Starałam się wcześniej nie słuchać, nie czytać i nie nastawiać na nic, prócz dobrej zabawy. Oczywiście Chris poinformował mnie, że to nie jest konwent i równie dobrze cała impreza może sprowadzić się do siedzenia w barze, co mi przyniosło tylko ciepłe wspomnienie na nasze spotkania w poprzednich latach.

Przyjechałam na miejsce nie mogąc się już doczekać, zostałam natychmiast przedstawiona ogromnej liczbie osób, które już kojarzyły, że mnie przywiało z daleka i że organizuję imprezy u nas. Jak można się domyślać, Chris już sporo naopowiadał wcześniej. Po przejściu przez 3 sale i uściśnięciu kilkudziesięciu rąk, kazano mi się natychmiast zdecydować czy mam nocować z dziewczynami z Francji, czy też u wiedźmy Renty. Wiedźma popatrzyła na mnie znad swoich sylwestrowych okularów i decyzja zapadła w trybie błyskawicznym. Dowiedziałam się przy okazji, że zapasowe klucze do domu mają ze 2 osoby, które już poznałam wcześniej. Moja pamięć do imion, a raczej jej brak dały mi właśnie po głowie, że trzeba było się bardziej postarać i zapamiętać 2 kluczowe osoby w tym tłumie. Uznałam jednak, że jak zawsze jakoś to będzie. ;) I było. ;)

Po zostawieniu już rzeczy, zapoznaniu się z 2 kotami i wielkim domem, wróciłam na imprezę w sam raz na Próba wielkiego żarcia sponsorowany przez Gildię Skrytobójców. Kilku ochotników musiało zjeść wszystko, co zostało im podane. Nie jestem pewna co do faktycznych składników, ale niektóre nazwy budziły pewny wstręt. Były tam oczy, były palce, były robaki (te akurat były słodyczami), był szczur i koń... No nie dziwię się, że niektórzy odmówili w tym ostatnim punkcie. Natomiast do mózgu z galaretki nie brakowało chętnych.
Próbę pomyślnie przeszli wszyscy, nawet jeśli nie spróbowali jednego z dań.
Do późnego wieczora bawiliśmy się przy piwie, cydrze i rozmowach. Przy okazji oberwało mi się za nie szerzenie u nich wieści o naszych małych konwentach.

Następny dzień wymagał kostiumów oraz zdecydowania się na to, co chciałoby się robić... To ostatnie było najtrudniejsze. O 10 zaczynały się jednocześnie warsztaty z Burleski, konkurs zabawnie ukształtowanych warzyw oraz otwierał się Sklep. Zajrzałam do warzyw z ciekawości, okazało się że każdy mógł ulepić z ciastoliny jakieś swoje warzywa. Można było też przynieść własne zrobione z czegokolwiek, nawet prawdziwe.

Na przeciwko był jednak Sklep. Discworld Emporium - marzenie chyba każdego kolekcjonera. Już na zewnątrz widać było wielki napis, magnetycznie oddziałujący na każdego przechodnia. W środku nie za duży, ale jednak dał radę pomieścić mnóstwo ludzi. Zdecydowana większość ubrana w sposób pasujący do wystroju sklepu. Upewniłam się tylko, czy mogę robić zdjęcia i zamieniłam się w szalonego turystę, rodem z Japonii... Absolutnie nie dziwiły mnie reakcje ludzi, których przemiła obsługa pytała co podać, na co oni "po jednym ze wszystkiego". Też miałam ochotę tak odpowiedzieć. Książki, kalendarze, obrazki, puszki, fartuchy, serwetki, figurki, budynki z Ankh-Morpork, podkładki pod piwo, chorągiewki Ankh-Morpork, naszyjniki i breloczki... Gdyby chcieć wziąć po 1 ze wszystkiego, należałoby rozważać wynajęcie samochodu z bardzo dużym bagażnikiem lub małą ciężarówkę.

Sklep Dyskowy w Wincanton

Specjalnością zakładu są jednak znaczki. Można kupować konkretne znaczki, można też zestawy początkującego kolekcjonera, jak i koperty niespodzianki. Kolekcjonerów tych konkretnych znaczków nie brakuje.
Proszą o koperty i siadają razem przy stoliku oglądając zdobycze, czy taki znaczek już mają czy nie, czy czasem nie jest rzadki a może z błędem? Istne szaleństwo kolekcjonerskie. Sama oczywiście zakupiłam sobie Compleat Ankh-Morpork z dodatkiem o powstawaniu książki.

Chwilę później zostałam poproszona na zaplecze aby poznać Bernarda, właściciela Sklepu, a także Anthonego Jasona, z którym czasem wymieniam maile o tym co się u nas dzieje. Magiczne chwile upływały na słuchaniu opowieści. W końcu Bernard przełącza widok na monitorze na kamery i mówi, że sprawdza czy nie idzie Terry... Wstrzymałam oddech na wypadek, gdyby jeszcze się okazało, że ma na myśli kogoś innego. Po chwili Bernard poszedł się szykować, ja znalazłam się znów w sklepie i próbowałam wysłać smsa do Marka i Joli, którzy mieli dojechać do nas, mówiąc, że chyba będzie Terry. Jak się okazało smsy nie doszły.

Marek przyjechał z półgodziny później, a ja musiałam w tym czasie rozmawiać z innymi. Nie pamiętam, jedna myśl wyparła wszystko inne. Wyszliśmy z Markiem przed sklep pogadać, gdyż pewnie sami zauważyliście, że dawno do nas na stronę nie pisywał, powiem Wam, że prywatnie do nas też. Historii do opowiedzenia było więc mnóstwo, ale szybko się urwały, gdyż naszym oczom na ulicy ukazał się niezbyt wysoki pan z siwą brodą, w kapeluszu i okularach. Widząc nasze prawdopodobnie wiszące szczęki odparł "A kimże są ci obcy ludzie?". Szybko przypomniałam sobie, że umiem mówić i wypadałoby odpowiedzieć. Przedstawiłam nas, przypomniałam o skypie na zlocie i wybaczcie, ale naprawdę nie pamiętam co działo się w poszczególnych chwilach.

Pamiętam, że chwilę potem byliśmy znów w sklepie, Terry rozmawiał sobie z kimś, a do mnie podszedł Pan Boggis, przedstawił się oczywiście i zaproponował, że zrobi mi zdjęcie z Terrym. Poczekaliśmy, aż Terry skończy rozmawiać, potem Pan Boggis wskazał Terremu na mnie i powiedział, że ta fanka marzy o zdjęciu z nim.
Promieniejąc z radości i wciąż oszołomiona, usłyszałam jak Terry dalej wesoło pyta, czy może liczyć na buziaka. Oczywiście go otrzymał i oczywiście nie było to uwiecznione na zdjęciu. Zdjęcie jednak było. Marek chwilowo załapał się na zdjęcie obok Terrego, ale później to nadgonił.

Grace i Terry

Terry pognał za Bernardem, a my zostaliśmy w sklepie. Trzeba było wyjść na zewnątrz, żeby dotarło do nas co się wydarzyło.
Warto było, gdyż spotkaliśmy najprawdziwszego Cohena Barbarzyńce. To na nim wzorowane była okładka Ostatniego Bohatera. Nie obyło się bez odpowiedniej serii zdjęć.

Wróciliśmy do sklepu w samą porę, kiedy Terry wyszedł. Rozmawiał jeszcze z każdym, kto miał coś ciekawego do opowiedzenia. O miejscach o ciekawych nazwach, o wspomnieniach ze spotkań. Odnoszę wrażenie, że o czym by nie rozmawiał i tak wszyscy słuchaliby go z zafascynowaniem.



Obok siedział chłopak ze Szwecji, Terry natychmiast zaczął go wypytywać o szwedzkie słowa i ich znaczenie.

Chwilę później wesoły orszak wyruszył z Discworld Emporium do Bear Inn. Powinnam dodać, że właściwie wszystkie wydarzenia obracały się w na przestrzeni powiedzmy 100m wzdłuż jednej ulicy, łatwo więc było wszędzie trafić. Dwie osoby szły przed Terrym, kolejne po bokach i za nim. Terry żartował, że nawet królowa nie ma takiej obstawy. Przechodzenie przez ulice wyglądało niemal jak rytuał. Najpierw na ulicę wchodził ktoś z pierwszych osób i upewniał się, że wszystkie samochody się zatrzymują, potem przechodził Terry wraz z resztą orszaku.

Przed barem czekała gwardia honorowa z Potwornego Regimentu. Dziewczyny miały reklamować sztukę, która właśnie tam wchodzi do teatru. Terry odprawił je więc i oczywiście natychmiast dał się komuś zagadać.

Chwilę później miała odbyć się sesja zdjęciowa. Terry został posadzony na honorowym miejscu. Najpierw zaproszono do zdjęć wszystkie przebrane osoby. Poustawiano nas wokół niego. Tym razem znów zagadany został przez Roba, który robił zdjęcia bardzo ciekawym urządzeniem, zwanym runkonografem". Urządzenie to zbudowane zostało przez niego. Wyglądało jak mała, drewniana skrzyneczka, którą celował na wyprostowanych rękach w swoją ofiarę. Chwile później obracał się i patrzył na leżący obok iPad, obok którego leżała ogromna paczka baterii.
Pierwsza partia zdjęć skończonych. Nie zauważyłam, żeby ktoś uwiecznił fakt, że królowa elfów przystawiała mi nóż do gardła...
Im częściej porównuję zdjęcia ze wspomnieniami, tym bardziej zaczynam podejrzewać, że mi się to wszystko przyśniło. Było tam jednak sporo ludzi, którzy widzieli.

Do kolejnych zdjęć momentalnie ustawiła się kolejka. Każdy mógł usiąść obok Terrego, zadać mu pytanie i chwilę pogawędzić. Terry opowiadał mi o swojej ulubionej muzyce. Mówił, że stara się słuchać wszystkiego, ale najbardziej lubi Meat Loaf. Kiedy był w szpitalu i miał mieć małą operację związaną z sercem (podejrzewam, że chodzi o tę słynną "przygodę" w Stanach), zapytano go jakiej muzyki chce słuchać. Zażyczył sobie właśnie Meat Loaf, które jak twierdzi, idealnie pasowało do rytmu bicia jego serca. Na koniec wymieniliśmy jeszcze buziaki w policzek, czego znów nikt nie uwiecznił...
Marek miał okazję porozmawiać o jego ulubionych trunkach i dowiedział się, że jeśli ktoś z Was chciałby przykuć uwagę Terrego, należy zapytać czego się napije. Marek doczekał się uściśnięcia dłoni.

Mnóstwo śmiechu wywołała jedna z dziewczyn w dość skąpym odzieniu, trzymająca pluszową babeczkę (o ciastko chodzi). Już chwilę przed zdjęciami wywołała sensację, gdyż posiadała podwiązki, czego jak się okazało niektórzy panowie, w tym Terry (jak twierdził), wcześniej nie widzieli na żywo. Kiedy usiadła koło niego, Terry momentalnie patrzył... w dół. Po dłuższej chwili w końcu podniósł oczy i zapytał, co może zrobić dla niej, czego ona jeszcze nie zrobiła dla niego. Chwilę później została dostarczona prawdziwa babeczka, którą Terry chwilę trzymał w ręce, a która wieczorem została sprzedana na aukcji.

Po zdjęciach Terry dalej kontynuował rozmowy, których niektóre odpowiedzi kierowane były do wszystkich. W pewnym momencie wręcz poprosił o ciszę. 2 minuty później doprowadziło to niektóre osoby do niekontrolowanego śmiechu, gdy 2 osoby bardzo cicho, zakradały się do Terrego z mikrofonem i głośnikiem, poruszając się po 1 kroczku, starając się nie zgubić kabla i nie przeszkadzać Terremu w jego opowieściach.
Sami zresztą zobaczcie fragment tych opowieści:



Jak słyszycie nie wszyscy się przejmowali obecnością Terrego, z przyzwyczajenia...

Terry został później przez nas znów odprowadzony do Sklepu, gdzie dowiedziałam się, że nie jestem prawdziwą fanką bo nie drżę. Zmienili zdanie, kiedy próbowałam coś powiedzieć. Mój głos mnie zdradzał, choć starałam się wyglądać na opanowaną. W sklepie spotkałam też Colina Smyta, agenta Terrego, z którym również często zdarza mi się wymieniać maile. Kolejny raz zdarzyło mi się niezwykle mocno uśmiechać.

Popołudniu Marek musiał wracać, a ja nie wiedząc co ze sobą zrobić, przysiadłam się do grona planszówkowego. W między czasie odbywał się kiermasz, gdzie szwaczki sprzedawały całusy... no, w praktyce było to co innego. ;) A także konkurs poezji. Towarzystwo planszówkowe okazało się zagorzałymi fanami Doktora Who, toteż o godzinie wyświetlania odcinka, wszystkie gry zostały natychmiast porzucone. Ja sama wybrałam się coś zjeść. Dodam, że miałam na sobie gorset, który nie pomaga w jedzeniu czegokolwiek...
Po obiado-kolacji wybraliśmy się z Chrisem i Alex na poszukiwania tablicy pamiątkowej połączenia miasta Wincanton z Ankh-Morpork. co oczywiście musiało być uwiecznione na zdjęciach.

Wróciliśmy w sam raz na program wieczorny, na który wiele osób przyszykowało sobie osobne stroje. Tu był czas na prezentacje, między innymi były to panie ćwiczące rano burleskę, warto dodać, że nikt nie czuł się "za stary" na taką zabawę. Zatańczyć musieli także panowie, ku ogromnej radości publiczności.



Oprócz tego przyszedł czas na prezentację wierszy i piosenek. Urzekła mnie Pam,
czyli Babcia Weatherwax prezentująca swój wiersz o gotowaniu raka i wszelkich niepowodzeniach z tym związanym. Ogólny styl przypominał mi Irenę Kwiatkowską, możecie więc sobie wyobrazić jak dobre to było. Była też piosenka o Igorze wyglądającym z okna, oraz o pewnym smętnym magu, który musiał dużo uciekać.

Przyszła wreszcie pora na długo oczekiwaną przez wszystkich aukcję charytatywną. Prowadził ją Pat, a wstęp rozegrała także Gildia Skrytobójców. Całość nie była reżyserowana, ale jak mi potem wyjaśnił Chris, Patowi zawsze robi się jakieś dowcipy, gdyż jest świetnym showmanem. I tym razem Gildia najpierw próbowała go inhumować przy użyciu noża. W ostatniej chwili został mu jednak wręczony prezent w szarej kopercie. Pat natychmiast zaproponował za nią cenę 2 funtów na otwarcie, dodając, że jest to zupełnie nieotwierane. Publiczność zaprotestowała zmuszając go do sprawdzenia zawartości, co też Pat uczynił. Delikatnie, z saperską precyzją rozwinął jedną stronę, delikatnie rozchylił papier i zajrzał tam, po czym z ulgą już miał odłożyć na stół, gdy znów dotarła do niego fala protestów. Ostatecznie zgodził się wyciągnąć z koperty 2 mniejsze pakunki również w szarym papierze. Okazały się one młotkiem aukcyjnym i podstawką pod tenże młotek. Podczas gdy Pat zagadywał publiczność, jego trzy asystentki podeszły i zapowiedziały, że zapisują wszystko co powie. Pat bez zastanowienia zaczął wypowiadać najdłuższe i najtrudniejsze słowa jakie przychodziły mu do głowy.

Kiedy właściwa część aukcji w końcu się zaczęła, pod młotek poszły najrozmaitsze przedmioty. Obrazki, figurki, książki, plakaty. Pojawiła się także oryginalna mapa Ankh-Morpork, która była szkicem i pomocą przy tworzeniu mapy do Compleat Ankh-Morpork. Był też pluszowy orangutan, czy inne zabawki. Pat cudownie wymyślał opisy i w bardzo zabawny sposób kierował aukcją. Wiedział jak jeszcze podbić cenę, a kiedy wytknąć licytującemu, że właśnie odbiera marzenie małego dziecka, które też chciało kupić tę książkę z obrazkami. Na aukcji pojawiły się i nasze pamiątki. Były to 2 oryginalne obrazki Eoren, które posłużyły nam do grafik na Zlot w Wiktoriańskim Mgnieniu. Poszły one za 20 funtów. Natomiast chwilę później pod młotek poszedł też zestaw: nasza forumowa torba, 3 przypinki i 2 plakaty ze Zlotu. Pewnie nie tylko ja byłam pod wrażeniem słysząc kwotę 58 funtów.
Aukcję zamknęła licytacja nieskorygowanej kopii Długiej Ziemii, która osiągnęła niezbyt wysoką cenę, jak na tak rzadki okaz (dodam, że premiera dopiero za miesiąc), 200 funtów.

Następny dzień rozpoczął się od... rysowania w mące. Widać, że organizatorzy świetnie się bawili słowami układając program. Było napisane "flower arranging", czyli układanie kwiatów, przy czym autor zaznaczył, że nie jest zbyt dobry w ortografii. Czytane tak samo słowo flour oznacza mąkę. Chętnych było mało, ale za to ci, co dotarli, bawili się świetnie.

Msza Omniańska

Kolejnym punktem programu była msza omniańska prowadzona przez Wielebnego Oatsa. Każdy przed mszą otrzymał 2 stronna kartkę do nabożeństwa. Odmówiona została omniańska modlitwa, po czym śpiewane były hymny "All you need is Om":



oraz Lord of the Drink:



Warto dodać, że był to dzień "księżniczek", czyli stroje były często różowe, lub choćby wyglądające na balowe suknie. Niektórzy w ramach warsztatów fotograficznych załapali się na wyjazd w plener.
Moja godzina odjazdu zbliżała się nieubłagalnie, więc musiałam trzymać się raczej okolicy. Udało mi się dotrzeć do ulic, ponazywanych właśnie tymi ze Świata Dysku: Ulica Kopalni Melasy, Brzoskwiniowego Ciasta, Pole Kury i kurcząt oraz aleja Księżycowego Stawu.

Ulice Ankh-Morpork jakie można znaleźć w Wincanton

Dotarłam do Sklepu w sam raz na opowieści Bernarda. Tłum był ogromny i z trudem można było się zmieścić, za to sklep częstował herbatą wszystkich przybyłych.
Na koniec Bernard pożegnał wszystkich tradycyjnym "Piss off!", co spotkało się z wiwatami i owacjami słuchających.

Bernard Pearson w Discworld Emporium

Czasu na dalsze punkty programu niestety brakło, choć impreza tam ciągnęła się jeszcze do poniedziałku, gdyż ten w UK był dniem wolnym.

Garść zdjęć powoli i sukcesywnie staram się dodawać Tutaj, choć pewnie zostaną one zebrane także z innych miejsc i dodane gdzieś tu na stronie.

Tymczasem gorąco zapraszam wszystkich do Wincanton. Jest to absolutnie niesamowite miejsce, ludzie są bardzo otwarci i szalenie gościnni. I zdecydowanie znajduje się to w nieco innym wymiarze, o czym łatwo można się przekonać przebywając tam.

Zobacz powiązane książki: Prawda

Autor: Grace