Zobacz w galerii:

Miniatura budowanego na potrze...

Trollowy most w miniaturze...

Ostatnio na forum



Zobacz więcej z kategorii: recenzje

Spryciarz z Londynu - prawie fikcja historyczna

2013-05-27 12:32:53


Spryciarz z Londynu, Dom Wydawniczy Rebis
Spryciarz z Londynu
Od czasu ukazania się Spryciarza z Londynu upłynęło już sporo czasu, nosiłam się z napisaniem tej recenzji już od premiery. Mając na nią wiele pomysłów i nie mogąc się zdecydować na żaden, nawet nie zauważyłam jak upłynęło tyle czasu.

Spryciarz z Londynu, czyli opowieść o Dodgerze, postaci istniejącej już w innej książce "Oliver Twist", której Terry postanowił dodać nieco przyszłości.

Na wstępie chciałabym ogromnie pochwalić wydanie książki, piękna, porządna okładka, oraz cudowny krój, które sprawiają, że książkę czyta się z największą przyjemnością. Wprawdzie tytuł został zmieniony wolą wydawnictwa, ale jakże wieloznaczne i nieprzetłumaczalne imię głównego bohatera pozostało oryginalne. Tłumacz, Maciej Szymański również spisał się na medal. Miał niełatwe zadanie, gdyż wielu fanów burzyło się na myśl, iż Terrego może tłumaczyć ktoś inny niż PWC (zapominając o dotychczasowych tłumaczeniach innych książek Terrego wydanych przed Dom Wydawniczy Rebis). Maciej starał się nieco postarzyć język, by bardziej zbliżał się on do epoki wiktoriańskiej, co miejmy nadzieję spodobało się także innym czytelnikom.

Ale dosyć już o samym fakcie spolszczenia książki, przejdźmy do treści.

Terry spieszy się by zdążyć opowiedzieć te wszystkie niesamowite historie, zanim choroba odbierze mu tę możliwość. Widzimy to, kiedy na pewien czas odchodzi od Świata Dysku, kiedy wraca do swoich projektów Science Fiction, jak to było z Długą Ziemią, a teraz, kiedy wreszcie postanowił pisać o swoich ukochanych czasach - epoce wiktoriańskiej.

Spryciarz z Londynu został zakwalifikowany jako książka dla młodszych czytelników. Pewnie i tak jest, pewnie jeśli w szkołach nie wycięto im z programu żadnej klasyki, która pozwoliłaby im zapoznać się nie tylko z językiem, o którego wspomnianą stylizację zadbał tłumacz, ale przede wszystkim z Dickensem, czy równie ważnym w powieści Mayhewem. Trudno mi sobie teraz wyobrażać czytanie tej książki nie wiedząc do czego się ona odnosi, ale pewnie sama w sobie jest także piękną opowieścią o czasach, w których podział na klasy był jeszcze bardziej widoczny, o tym jak radziły sobie dzieci żyjące na ulicy i jak niezwykle inny był Londyn tamtych czasów.

Czytając książkę dużo nad nią rozmyślałam. Terry zawsze pisze trochę o sobie. W każdej książce. Przez przynajmniej kilkadziesiąt stron zastanawiałam się gdzie jest Terry, poza pisaniem o swojej ukochanej epoce, ojej wielkich mistrzach i bawieniem się ich postaciami, którym nagle przypisane zostało nowe życie; to gdzie jest Terry?

Otóż jest. Jest go trochę w Dodgerze, a trochę w Todzie Sweeneyu. Człowiek, któremu wojna postradała zmysły, którego mózg nie działa tak, jak powinien, w którym budzi się to, czego nie chciał. Ta jego straszna strona, nad którą nie panuje. Ciemność. Prawie jak Ciemności krasnoludzie. Jak choroba Terrego, to co robi z nim, to jak zmienia Terremu życie i powoli odbiera człowieczeństwo. Ta jego ciemna strona.

Z drugiej strony jest Dodger, który potrafi to oddzielić, potrafi dostrzec dobro w każdym, nawet w mordercy. Który uciera nosa tym, którzy się wywyższają i który mimowolnie staje się bohaterem. Wykorzystuje to oczywiście do swoich celów. Pnie się na drabinie społecznej, czy prawie jest wynoszony na niej samym byciem sobą i swoją postacią. Jak Terry, który niejednokrotnie podkreślał, że pochodzi ze najzwyklejszej rodziny ogrodników, czy mechaników samochodowych. Nie było w nim nic z arystokracji czy z jakiejkolwiek klasy wyższej. Wspiął się dzięki pisaniu i byciu sobą. Mówieniu prawdy, choć pewnie też i starannym jej doborze.

Niektóre ze swoich postaci Terry zna na pamięć, bo są w dużym stopniu nim samym. Są też postaci, które pojawiają się na chwilę, ale którym daje coś od siebie, żeby były autentyczne. Na pewno w każdej jest cząstka czegoś, co zasłyszał, bo zarys musi się skądś brać, ale to tylko kształt, forma, którą wypełnia potem sobą.

Terry nadał Dodgerowi bardzo wiele z siebie, możliwe że więcej niż z postaci stworzonej przez Charlesa Dickensa. Jednocześnie oddał hołd mistrzom epoki wiktoriańskiej, ukazując ich jako naprawdę wspaniałomyślnych.

Co ciekawe, jak zwykle w twórczości Terrego pomagał mu jego "czarny młyn", czyli ta część jego mózgu, odpowiadająca za zapamiętywanie absolutnie wszystkiego, niezależnie od jego woli i świadomości i przekształcająca wszystko w historię.
Podobno w trakcie pisania, kiedy Terry wciąż prowadził badania i wyszukiwał informacje, rozpytywał o najstarszy znany w Londynie zakład krawiecki, czyli coś, co mogło mu pomóc w nadaniu historii autentyczności. Odpowiedź wróciła szybko, wraz z informacją, że właśnie ten zakład szył pierwszy mundur Roberta Peela, właśnie ten wspomniany w książce.

Czy można to więc nazwać fikcją historyczną? Czy Terremu udało się tak głęboko pomieszać fakty i jego własne historie, by zaczynały one tworzyć własną całość? Pewnie nie, pewne uczucia zapewne można uznać za zbyt przerysowane, pewne z tych historii pewnie po prostu nie mogły się zdarzyć. Ale to jest jak z tymi snami, które pojawiają się gdy zacznie czytać się zbyt wiele w danym temacie. Wiele po prostu się wydarza i czy była to fikcja, czy historia, przestaje to mieć znaczenie i tak staje się jednością.

Spryciarz z Londynu wzrusza i podnosi na duchu, zachęca do czytania i zgłębiania pojawiających się tam postaci i tematów. Zachęcam do zgłębienia jej. Naprawdę warto!

Zobacz powiązane książki: Spryciarz z Londynu

Autor: Grace