Zobacz więcej z kategorii: fan klub

Wspomnienia po konwencie w Uberwaldzie

2014-05-06 20:36:10

Janek: I po zlocie! Ale za to jakim! Mrhocznym, posęphnym, przenicovanym do grhanic możliwości strachem i vroghością...
Zaraz, zaraz, coś tu nie gra...
Harry: Dawno, dawno temu w odległej galaktyce...hmmm…to nie to uniwersum…
Biała: Czasami ludzie w pracy pytają mnie „po co właściwie jedziesz gdzieś tyle kilometrów żeby nie spać i spędzać czas z obcymi ludźmi?” Po co? Zastanówmy się… Przez trzy – cztery dni spędzam czas w świetnym miejscu – Nawojowa Góra wita Pratchettowców otwartymi łapkami i stromą górką. Jest dach nad głową i zawsze znajdzie się jakaś dobra dusza, która zrobi obiad dla wszystkich (no i nikt nie uwierzy ile może być zabawnych sytuacji podczas ubierania pieczarek) czy kawę z rana. Śmiech i rozmowy towarzyszą nam od pierwszych promieni słońca.
Sky: To było tylko 3 dni! Tak mało czasu, a tyle się działo. Konkursy, prezentacje, prelekcje i granie do samego rana, a padając na pysk odnajdywało się folie bąbelkowom i jakoś spać się nie chciało.
Janek: Przede wszystkim była dobra zabawa i cudowne towarzystwo! Przepona w niedzielny poranek (moja przepona!) zaczynała strajkować! Ale po kolei.
Była godzina dziesiąta wieczorem, w czwartek (24 kwietnia) kiedy dotarliśmy do Nowojowej. Nastąpiło przywitanie się z autochtonami, między innymi z Gythą, naszą naczelną organizatorką wszystkiego, która stanowiła jednoosobowy sztab kryzysowy, potrafiący czerpać z zasobów znanych jako my w razie konieczności. Były też tam znane twarze z Krakowa i Wrocławia.
Harry: Pełni lęku i przerażenia, aktorsko ukrywanymi pod szczerym uśmiechem weszliśmy do schronienia. Pierwszym co zobaczyliśmy był ogrom pająków i związanych z nimi pajęczyn a także stado nietoperzy, które ochoczo latały sobie po wielu pomieszczeniach. Był także zaskakujący szyld z napisem „Uberwald” stojący zaraz za drzwiami.

Zaraz po przybyciu na miejsce zostaliśmy zauważeni przez „tubylców”, przywitani posiłkiem i uściskami.
Tak mijał nam czas na rozmowach, graniu w przeróżne gry i od czasu do czasu na witaniu kolejnych poszukiwaczy przygód, przybywających do Nawojowej Góry w poszukiwaniu mitycznych pokładów dobrego humoru i fantastycznej zabawy. Drużyna się rozrastała, zyskując m.in. krasnoludy, czarownice, magów, wampiry (znaczy więcej wampirów) i wilkołaka a także innych przedstawicieli wszelkich fantastycznych gatunków.
Janek: Wiedza, że ponad pięćdziesiąt osób przetoczy się przez konwent, dla kucharza jest zmorą. Na szczęście Sky – zaprawiony już nasz szef kuchni, komenderował do spółki z Gythą, kto co ma robić, czym ma się zająć.
A potem nastał piątek. Do południa prace polegały na przygotowywaniu się do zlotu właściwego, czyli tworzeniu ozdób, materiałów potrzebnych na warsztaty, tworzeniu dań (kopytka), a także atrakcji turystycznych w postaci szubienicy i gipsowej piniaty w kształcie wielkiej czarnej okrągłej latającej głowy ze skrzydłami nietoperza. Panowie Fleg i Jarema postarali się niezmiernie. Poza tym była też aktywność dla nowo przybyłych zlotowiczów w postaci tworzenia makiety schroniska dla bezdomnych pratchettowców.
Biała: W tak zwanym „międzyczasie” nasza strażniczka i opiekunka Gytha pilnowała aby rozgadani Pratchettowcy pamiętali o przygotowanych przez siebie punktach programu. A tych było bez liku. Od zaprzysiężenia nowych członków Straży czy członków Biblioteki, przez dzierganie z kawałków filcu trójwymiarowych stworków, które były elementem strojów, tworzenie pająków po prelekcje na tematy dyskowe włącznie.
Janek: Sobota. Na zlocie zapanowała cudowna, domowa atmosfera. Został poprowadzony konkurs wiedzy o cytatach, poprowadzony przez Sky\'a, a ci, co wzięli w nim udział stwierdzili, że atmosfera, przebieg i klimat owego punktu programu były fantastyczne.
Później pojawił się Piotr W. Cholewa, naczelny tłumacz ksiąg Pratchetta. PWC (czyt. Pewuc) zaszczycił nas przedstawieniem nagranego występu, na którym m.in. zaśpiewał parę zwrotek osławionej piosenki o jeżu, a także wspomniał o swojej pracy nad tłumaczeniem nowej książki Pratchetta „Para w Ruch”, której fragmenty udostępnił do odczytania. Zaraz potem odbyło się clue zlotu – kalambury, które zajęły większą część wieczoru.

Następnym konkursem był konkurs miss i mistera Świata Dysku, gdzie chętni uczestnicy Konwentu, przebrani za wymyślone przez siebie postaci, stanęli w szranki o ów tytuł, prezentując nie tylko wygląd, ale i wdzięk, charakter i zaradność przed oceniającym je jury. Prasa i konferansjer też tam byli i do rozkręcania konkursu ładnie się przyczynili. Po dziesiątkach zdjęć, setkach pytań i nieustającym treningu przepony zdecydowano się na ogłoszenie zwycięskiej pary – Kruka przebranego się za krasnoluda i Yagi przebranej za Maladictę.

Poza nagrodami rzeczowymi zwycięzcy otrzymali możliwość pierwszego „naruszenia” gotowej już piniaty. Toporem.
Biała: Piniata! Nie ma lepszej frajdy niż zepsucie czegoś toporem! Słowo!
Janek: Na koniec atrakcji dnia sobotniego pozostało odśpiewanie pratchettowej wersji „Morskich Opowieści”. Akompaniowałem na gitarze a dźwięk dziesiątek gardeł rwący się do śpiewu był dźwiękiem, którego każdy artysta słuchać pragnie długo. Z gitarowym akompaniamentem nie byłem sam! Nasz dźwięk po światłowodach niósł się aż do Anglii, do naszego wysłannika tamże, Marka, który również potrafi „wiosłować”.
Uuu!: Jak zobaczyłem jak Marek śpiewa z nami poprzez pół Europy to się tak wzruszyłem, że mi głos odebrało. Ku wyraźnej uldze ludzi wokół.



Biała: Była też klimatyczna szubienica oraz zajęcia z obrony przed złem wilkołaczym i wampirzym a także każdym innym (mam nadzieje że nikt nie doznał trwałych urazów a zdobyta wiedza nigdy się nie przyda).
Harry: I tak trwały beztrosko trzy dni spotkania ludzi z całej Polski, ale jak to bywa w wielu szczęśliwych czasach, że kiedyś się kończą i przychodzi czas pożegnań.
Biała: Być może te kilka zdań nie wyglądają na ważne ale pisząc je przypominam sobie o tym jak bardzo śmialiśmy się z kopytek, jak można przeżyć apokalipsę zombie, dlaczego słowo „pomarańcza” nigdy już nie będzie takie samo, a Motopompa na zawsze zostanie Molochem. Było miliony uścisków, śmiech do bólu przepony pomimo wielkiego treningu. Bycie na zlocie to coś co wspomina się przez każdą prawie minutę nie bycia na zlocie. Dlatego właśnie warto tam być.
Janek: Do dziś echa konwentu pobrzmiewają, a sporadycznie kącik mych ust podnosi się na myśl o chwilach spędzonych z najprzyjemniejszą i najbardziej radosną grupką ludzi zgromadzonych dlatego, że lubią książki pewnego angielskiego pisarza.

Autor: Biała,Uuu,Janek,Harry,Sky