świat dysku

Pogodynka


Zobacz więcej z kategorii: fan klub

Wspomnienia z Wincanton

2014-05-14 15:11:50

Wincanton wszystkim miłośnikom Pratchetta znane jest jako partnerskie miasto Ankh-Morpork i jedno z najlepszych miejsc by spotkać się w gronie równie zakręconych ludzi jak oni sami.
Kiedy więc przez Internet przetoczyła się informacja o weekendowym zlocie nie pozostało nic innego jak zorganizować grupę towarzyszy podróży i wyruszyć do tego niezwykłego miejsca.
Skompletowanie grupy było na tyle proste, że składała się ona z dwóch osób (wliczając w to moje jestestwo), więc z samego rana, w sobotę 3 maja, wyruszyliśmy na spotkanie z przygodą.
Zaraz po przybyciu na miejsce powitało nas Centrum Uśmiechu w Wincanton. I choć to jedynie gabinet dentystyczny, to od razu oddaje klimat miasta, w którym się znaleźliśmy.
Pierwsze kroki skierowaliśmy do punktu zbiorczego każdego zlotu – Bear Inn – pięknego, wiekowego baru, który od lat udziela gościnności pratchettomaniakom. Tam czekały już na nas wspaniałe atrakcje, dyskowe stroje, całe mnóstwo słoni, ale przede wszystkim niezwykli ludzie.
W tym roku tematem przewodnim Spring Fling były Ruchome obrazki, a głównym zadaniem postawionym przed uczestnikami, było wypełnienie obietnicy danej przez Dibblera – dostarczenia na plan tysiąca słoni. Dlatego też kto mógł przynosił pluszaki, figurki, zabawki, obrazki i wszelkiego rodzaju inne przedmioty przedstawiające słonie pod każda postacią. Większość z nich została przeznaczona na niedzielną licytację, z której dochód przeznaczony był na organizację charytatywną RINCE.



Dodatkowo jednym z najbardziej interesujących miejsc przygotowanych dla fanów w Ber Inn, było stoisko, którym opiekowała się Vicky Vagg – dobry duch zlotu - na którym każdy z uczestników zlotu mógł wykonać swoja własną przypinkę przedstawiającą (a jakże!) słonia. A najlepiej 1000 takich przypinek (jak okazało się na zakończenie zlotu, słoni udało się we wszelakiej postaci dostarczyć ponad 3000).



W Bear Inn dla podróżników przygotowano także stoisko dla wielbicieli planszówek. A nawet dwa stoiska – na jednym można było w nie zagrać a na drugim uzupełnić swoją kolekcję o najrozmaitsze gry.
Było też miejsce dla chcących uwiecznić swoją osobę na stylizowanej na świat fantasy profesjonalnej fotografii (nawet w klimatycznym stroju, który można było wypożyczyć do tego celu) oraz, dla chcących uzupełnić swoją kolekcję książkową, straganik z przeróżnymi dziełami autorstwa wiadomego pisarza.

Jednak Bear Inn to nie jedyne miejsce wypełnione atrakcjami. W pobliskim The Nog Inn na zapleczu czekała na przybywających do Wincanton gildia zabójców. Zamiast czyhać na ich życie oferowała im rozrywkę. Po pierwsze rozgrywkę w pokera na ich zasadach, po drugie wyzwanie na utrzymanie największej, bądź najdłużej trwającej erekcji (czyli budowli z drewnianych klocków w dowolnym kształcie) a także, cieszące się największym zainteresowaniem, warsztaty strzelania z kuszy do kaczek.



Po takich emocjach w miejscowej restauracji posilić się można było wyjątkowym smakołykiem – Plackiem ze szczura. Jak zapewniał wesoły jadłopodawca, placki przygotowywane są jedynie ze szczurów chowanych na wolnym wybiegu w dodatku naturalnie karmionych najlepszym… tym co jedzą szczury.



Pokrzepieni tak niezwykłym posiłkiem udaliśmy się do Emporium – najsłynniejszego sklepu wypełnionego absolutnie wszystkim o czym fan twórczości Pratchetta mógłby sobie zamarzyć. W dodatku w tym konkretnym momencie goszczący Kreatora w swojej własnej osobie. Jako, że Emporium (choć bardzo ją przypomina) nie jest tak pojemne jak L-Przestrzeń, w otoczce adorujących fanów a przede wszystkim fanek, Terry przeniósł się do Bear Inn. Tam po tradycyjnym „Czego się napijesz Terry?” rozpoczęły się spotkanie i rozmowy z zafascynowanymi miłośnikami jego twórczości.
Również mi dane było porozmawiać z nim i dowiedzieć się między innymi, że Terry jest w trakcie pracy nad kilkoma książkami, w tym nową z cyklu o Tiffany Obolałej.Oprócz prawie dorosłej już bohaterki nowa powieść ma wracać do postaci, które wszyscy dobrze znamy a także zapoznać nas z kilkoma istotnymi dla fabuły zwierzakami. Więcej szczegółów Terry nie chciał ujawniać.
W rozmowie dowiedziałem się również, że jako chłopiec był niezłym rozrabiaką, jednak nie wbrew a za przyzwoleniem ojca, który pozwalał mu na wszystkie psoty pod warunkiem, że Terry nie dał się złapać na gorącym uczynku.



Po krótkiej wymianie myśli i sesjach zdjęciowych z fanami spotkanie zakończyło się a my usatysfakcjonowani mogliśmy cieszyć się magią Wincanton, gdzie Świat Dysku jest realny bardziej niż gdziekolwiek indziej. Bo w jakim innym miejscu na świecie można spotkać Cohena przechadzającego się po ulicach miasta, bądź zakupić na Targu Twórców Cudowności świecącą w ciemności biżuterię u Igora?
A takie właśnie jest Wincanton, miasto do którego jeśli trafi się raz będzie się chciało powracać za każdym razem, gdy tylko będzie to możliwe.
Choć byłem tam tylko jeden dzień, to ilość energii naładowującej wewnętrzne akumulatory jaką można tu zdobyć wystarcza do zasilenia fana twórczości Pratchetta co najmniej do kolejnego zlotu.

Autor: Marek Sobczak