świat dysku

Pogodynka


Neil Gaiman: Terry Pratchett nie jest wesoły. On jest wściekły.

2014-09-25 14:27:27

Chcę wam opowiedzieć o moim przyjacielu Terrym Pratchettcie i nie jest to proste. Powiem wam coś, czego możecie nie wiedzieć. Niektórzy ludzie mogli spotkać uprzejmego człowieka z brodą i kapeluszem. Wierzą, że spotkali sir Terrego Pratchetta. Nie spotkali.



Konwenty SF często przydzielają ci kogoś, kto będzie pilnował, abyś nie zgubił się przemieszczając się z jednego miejsca na drugie. Kilka lat temu wpadłem na kogoś, kto był niegdyś takim opiekunem Terrego na konwencie w Teksasie. Jego oczy zaszły mgłą na wspomnienie oprowadzania Terrego. „Jakim radosnym, starym elfem jest sir Terry”, powiedział. A ja pomyślałem nie. Nie, nie jest.
W lutym 1991 Terry i ja byliśmy na trasie promującej Dobry Omen, książkę, którą napisaliśmy razem. Byliśmy właśnie w San Francisco. Skończyliśmy podpisywać egzemplarze książki w jednym ze sklepów. Podpisaliśmy chyba tuzin książek. Terry spojrzał na plan podróży. Następnym przystankiem miała być radiostacja, gdzie mieliśmy udzielić godzinnego wywiadu na żywo. „Patrząc na adres, to tylko kawałek stąd, w dół ulicy” - powiedział Terry - „Mamy pół godziny. Przejdźmy się”.
To było naprawdę dawno, kiedy GPS, komórki i aplikacje przywołujące Taxi oraz inne podobne użyteczne rzeczy, które mogłyby nam powiedzieć, że nie, to nie będzie tylko kilka kroków do tej radiostacji. To będzie kilka mil, głównie pod górkę i w większości przez park.
Zadzwoniliśmy do radiostacji, kiedy tylko po drodze napotkaliśmy budkę telefoniczną, by powiedzieć im, że wiemy, że jesteśmy spóźnieni i przysięgamy na własne dusze, że idziemy tak szybko, jak tylko możemy.
Próbowałem zagadywać radośnie i optymistycznie kiedy maszerowaliśmy. Terry nie odzywał się w ogóle, w sposób, którym jasno stwierdzał, że prawdopodobnie wszystko co powiem uczyni tę sytuację tylko gorszą. Nie wspomniałem ani razu, w żadnym momencie tego marszu, że można było tego łatwo uniknąć, jeśli poprosilibyśmy w księgarni o zamówienie dla nas taksówki. Są rzeczy, które nie mogą być łatwo „odpowiedziane”, które można powiedzieć i wciąż pozostać przyjaciółmi, a to byłyby właśnie takie słowa.
Dotarliśmy do radiostacji na szczycie wzgórza, po długiej drodze, około 40 minut spóźnieni na nasz godzinny wywiad na żywo. Dotarliśmy tam spoceni i bez oddechu, a oni akurat podawali pilny komunikat. Ktoś właśnie zaczął strzelaninę do niewinnych ludzi w miejscowym McDonaldzie, co nie jest wiadomością, którą chciałoby się mieć jako wprowadzenie do wywiadu o zabawnej książce o końcu świata i o tym, jak wszyscy zginiemy.
Ludzie z radia byli na nas wściekli. To nie jest zabawne, kiedy musisz improwizować, bo twoi goście się spóźniają. Nie sądzę, aby nasze 15 minut w eterze było zabawne. Powiedziano mi później, że zostaliśmy wpisani na czarną listę rozgłośni radiowych w San Francisco, bo spóźnienie się na show, które przeradza się w mamroczące 40 minut martwej emisji radiowej to rzecz, której potęga radia nie zapomina i nie przebacza łatwo.
O pełnej godzinie wszystko się skończyło. Wróciliśmy do hotelu, tym razem taksówką. Terry był wściekły po cichu. Podejrzewam, że głównie na siebie oraz na świat, który nie powiedział mu, że odległość z księgarni do radiostacji jest dużo większa, niż pokazywał to plan podróży. Usiadł obok mnie na tyle taksówki ze złością. Bezkierunkowa kula furii. Powiedziałem coś, żeby go udobruchać; że wszystko w końcu jakoś wyszło, że to nie był koniec świata. Zasugerowałem, że to czas, aby nie być już dłużej wściekłym.

Terry spojrzał na mnie i powiedział: „Nie bagatelizuj tej złości. To ona była silnikiem, który napędził „Dobry Omen”.” Pomyślałem wtedy o popędliwym sposobie pisania Terrego i o tym, jak on napędza nas wszystkich i wiedziałem, że ma rację.
Za twórczością Terrego Pratchetta kryje się wściekłość. Wściekłość, która jest silnikiem napędowym Świata Dysku. To także złość na dyrektora szkoły, który zadecydował, że sześcioletni Terry nigdy nie będzie wystarczająco bystry na egzamin na koniec szkoły podstawowej; złość na napuszonych krytyków oraz na tych, którym wydaje się, że poważne jest przeciwieństwem zabawnego; złość na jego pierwszych amerykańskich wydawców, którzy nie potrafili promować jego książek z sukcesem.
Złość zawsze tam jest, jak silnik na ciągłych obrotach.
Kiedy Terry dowiedział się, że cierpi na rzadką, wczesną formę Alzheimera, ukierunkowanie jego złości zmieniło się: był wściekły na swój mózg i genetykę, ale przede wszystkim zaczął być wściekły na państwo, które nie pozwala ani jemu, ani ludziom w podobnej sytuacji wybrać, w jaki sposób i kiedy chcą odejść.
I to właśnie ta złość, według mnie, jest sposobem Terrego na decydowanie o tym, co jest dobre, a co nie. To jest to poczucie słuszności, które podkreśla jego pracę i pisanie. To jest coś, co poprowadziło go ze szkoły, przez dziennikarstwo i biuro prasowe South-Western Electricity Board do pozycji jednego z najbardziej uwielbianych i najlepiej sprzedawanych pisarzy świata.
To jest także to poczucie słuszności, które oznacza, że czasami w przerwach, pisząc inne rzeczy, musi się zatrzymać i drobiazgowo przyznać się do rzeczy, które na niego wpływają. Na przykład Alan Coren, który jest pionierem tak wielu technik krótkiego humoru, z którego czerpaliśmy razem z Terrym przez lata. Albo wspaniała, ekscytująca rzecz, jaką jest „Brewer\'s Dictionary of Phrase and Fable” (słownik dla dociekliwych czytelników, zawierający oryginalne frazy, fakty historyczne czy nawiązania do mitologii w literaturze, stworzony w 1870 roku) oraz jego autor, E. Cobham Brewer, mający talent do zupełnie przypadkowych odkryć. Terry napisał raz wstęp do tego słownika i wywołując tym mój uśmiech. Potrafimy dzwonić do siebie z radością, kiedy odkryjemy książkę Brewera, której nie widzieliśmy wcześniej (“Hej! Masz już swój egzemplarz “Słownika Cudów: naśladowczy, realistyczny i dogmatyczny?”).
Głos Terrego jest zawsze głosem Terrego: łagodny, rzeczowy, rozsądny, oschle rozbawiający. Podejrzewam, że jeśli nie będziesz zbytnio uważał, możesz pomylić go z wesołym. Ale pod każdą wesołością jest fundament wściekłość. Terry Pratchett nie jest jednym z tych, którzy mogą spokojnie przyjąć cały dzień, dobro lub cokolwiek.
Może wpaść w furię z tak wielu powodów. Głupoty, niesprawiedliwości, ludzkiej niepojętności i krótkowzroczności. Ręka w rękę ze złością, niczym anioł i demon idący w stronę zachodu słońca; jest tam miłość: dla ludzi, w całej naszej omylności, dla cenionych obiektów, dla opowieści, a w końcu i ponad wszystkim, dla ludzkiej godności.
Mówiąc innymi słowami, złość jest silnikiem, który go napędza, ale jest tez wielkość ducha, która trzyma tę złość po stronie aniołów lub, co lepsze dla nas wszystkich, po stronie orangutanów.
Terry Pratchett wcale nie jest radosnym, starym elfem. Ani trochę. Jest tak bardzo ponad tym. Kiedy Terry zmierza ku ciemności tak szybko, ja uświadamiam sobie, że też się wściekam: na niesprawiedliwość, która pozbawia nas – czego? Kolejnych 20 lub 30 książek? Kolejnej półki pełnej pomysłów i wspaniałych fraz, starych i nowych przyjaciół, historii, w których ludzie robią to, co naprawdę wychodzi im najlepiej, czyli używanie swoich głów, aby wydostać się z kłopotów, w które wpadli przez niemyślenie?
Tak naprawdę, utrata tych wszystkich rzeczy nie wścieka mnie aż tak, jak powinna. Zasmuca mnie to. Ale ja, który widziałem z bliska powstawanie niektórych z nich, rozumiem, że każda książka Terrego Pratchetta jest małym cudem i otrzymaliśmy już więcej, niż byłoby rozsądne. Dlatego nikomu z nas nie wypada być zachłannym.
Wściekam się na nieuchronną stratę przyjaciela. I pomyślałem sobie „Co Terry zrobił by z tą złością?”. A potem złapałem za długopis i zacząłem pisać.

Neil Gaiman




Tłumaczenie: Ela Gruca-Majchrzak

Zobacz powiązane książki: A Slip of the Keyboard: Collected Non Fiction

Autor: Ela Gruca-Majchrzak