Zobacz więcej z kategorii: archiwum news

Rozstrzygnięcie konkursu o Kiksy i konkurs II

2015-05-14 12:32:43

Kiksy Klawiatury

Potrwało to chwilę, ale trochę prac dostaliśmy i trzaba było wszystkie uczciwie przeczytać, obejrzeć i postarać się wybrać najlepsze, choć to ostatnie było trudne. Najchetniej nagrodzilibyśmy wszystkie, ale ponieważ to z różnych względów przynajmniej trudno, postawiliśmy zrobić co następuje.

Oto naszym zdaniem 5 najlepszych opowieści (całość zamieszczona pod spodem):

Aneta Rybicka - za całe opowiadanie o Terry'm i życiu,
Michał Petrykowski - za romantyczną historię poznania swojej żony,
Anna Sokulska - za świetny opis Terry'ego pojawiający się w różnych sytuacjach życiowych,
Patryk Michał Kłak - za opowieść o tworzeniu się światopoglądu,
Arek Konkol - za poświęcenie skóry Światowi Dysku,

Osoby powyżej otrzymują książki Kiksy Klawiatury,

natomiast, postanowiliśmy wyróżnić jeszcze 6 zgłoszeń i osoby te otrzymają nagrody niespodzianki.

Elly G - za argumentacje za autorytetem, który był sobą,
Kasia Szczepara - za równie romantyczną historię poznania męża,
Kasia Blitek za breloczek Terry'ego w stroju Maga,
Justyna - za rysunek Terry'ego,
Sara Włodarczyk - za wspomnienie zaciekawionej dziewczynki,
Magdalena Kapkowska - za wspomnienie przyjaciela.


Zanim zaprezentujemy wszystkie prace, proponujemy jeszcze drugi konkurs, gdzie do wygrania są jeszcze 4 książki.


II Konkurs o Kiksy Klawiatury



Gdyby cofnąć czas i spotkać się teraz z Terry'm o co byś go zapytał (lub zapytała)?

Odpowiedzi należy przesyłać do: Grace@Pratchett.pl
w temacie wpisujcie: Kiksy II
Czas do wtorku 19.05, do północy.

4 Autorów, którzy zaproponują najlepsze, najoryginalniejsze, najfajniejsze, wyróżniające się pytania dostaną nagrody w postaci Kiksów Klawiatury. Gdyby poziom był zbyt wyrównany, żeby podjąć jednoznaczną decyzję, będziemy losować z pośród najlepszych typów.

Zadanie łatwe nie jest, osobiście mogę powiedzieć, że stojąc twarzą w twarz z Terry'm 2 lata temu, odjęło mi mowę i zapomniałam wszystkich pytań, jakie mi kiedykolwiek chodziły po głowie, ale wierzę, że jesteście znacznie lepsi pod tym względem.


Tu zaraz znajdą się nagrodzone i wyróżnione prace konkursowe. Cierpliwości.

Kolejność losowa

Arkadiusz Konkol
Dzieło inspirowane Terrym i pracami Paula Kidby'ego. Temu drugiemu przesłałem pracę na FB - spodobała się.
Za przeniesienie na plecy odpowiada Sławek Myśków - genialny tatuażysta:)
10 miesięcy, 6 sesji, całkiem sporo bólu:)

Tatuaż Arka


Sara Włodarczyk
Wypowiedź ''kim dla mnie był Terry Pratchett'' może średnio pasować ludziom do osoby, która przeczytała dotąd jedną i trochę książki jego (trochę, bo jeszcze nie skończyłam czytać kolejnego tomu). Czyli do mnie. Nie znałam jego twórczości ''z pierwszej ręki'', ale moja ciocia miała wiele tomów Świata Dysku. Czasami im się przyglądałam, aż z ciekawości sięgnęłam po 'Równoumagicznienie'.

Minęło kilka lat zanim sięgnęłam po kolejną część i Terry umarł zanim się wciągnęłam. Zasadniczo i ogółem mówiąc, Pratchett jest dla mnie książkami na półkach mojej cioci, oglądanymi przez zaciekawioną dziewczynkę.


Patryk Michał Kłak
Był, a tak na prawdę dalej jest Twórcą, Stworzycielem jak w Ostatnim Kontynencie, świata mojego odosobnienia, mojego spokoju. Stworzył dla mnie miejsce gdzie uciekałem przed problemami świata. Zagłębiając się w Świat Dysku byłem i dalej jestem szczęśliwy. Czytając od 20 lat jego książki w pewnym stopniu ukształtował mnie, mój charakter, mój cynizm, czy sposób mojego postrzegania ironii. Czytając po raz n-ty Straż Straż potrafię śmiać się do rozpuku pomimo, że znam na pamięć fabułę.
Światopogląd Patryka Kłaka kształtował się wraz z rozwojem Świata Dysku. Problemy które poruszał wpływały na moje pojęcie świata. Może to brzmi jak tandetne frazesy ale 20 lat czytania serii i zagłębiania się w ten świat wpływają bardzo na człowieka.
Był dla mnie wzorem do naśladowania, twórcą mojego charakteru i kompanem w trudnych chwilach.
Może o tym świadczyć fakt że 30 letni facet gdy dowiedział się o śmierci tego autora nie mógł powstrzymać łez na środku drogi. Do tego stopnia iż jego żona musiała uspokajać jak małe dziecko...


Anna Sokulska
Terry Pratchett jest dla mnie facetem siadającym czasem koło mnie w tramwaju i
szepcącym mi do ucha śmieszne rzeczy, w taki sposób, że potrafię śmiać się na głos. Czasami nawet tak zasłuchuję się w jego głos, że przegapiam przystanek.

Wydaje się być bliskim krewnym mieszkającym daleko, na którego kolejne pojawienie się w mieście oczekuję z niecierpliwością i radością, zastanawiając się co też mi tym razem nowego opowie. Co ciekawe przy każdym z tych spotkań zaczynaliśmy w księgarni. Przy okazji czekam też na całą bandę jego znajomych np. na Samuela Vimesa, Lorda Vetinariego, Czarownice, Magów, Straż Miejską, Adorę Dearheart i Moista von Lipfiga.

To także Pratchett jak dobry znajomy, siaduje między nami przy stole, gdy ze z
przyjaciółmi gramy w planszówki i śmiejemy się, gdy wyciągniemy kartę z Wyrobami Gumowymi Sonky’ego albo Gardło Sobie Podrzynam Gibblerem.

To dzięki niemu patrząc na aronię myślę o ironii i wiem jaki kolor to oktarynowy (choć na początku miałam skojarzenia z odcieniem pomarańczu).

To on jako genialny obserwator, umożliwił mi zdystansowane spojrzenie na światodyskowe problemy, które są także naszymi ziemskimi bolączkami m.in. na:
wielokulturowość i tolerancję, równouprawnienie (vel. Równoumagicznienie), religię i wiarę, a także na: ruchome obrazki (vel. Kino), pocztę, bankowość, prasę, czy kolej. A także na wiele wiele innych.

Poza tym Pratchett nauczył mnie kilku rzeczy np. nie denerwować się na trzepaczkę do jajek blokującą szufladę, którą chcę otworzyć – to tylko bogini Anoia i zakres jej boskich obowiązków. Oswoił też dla mnie Śmierć i sprawił, że wbrew polskim zwyczajom i ikonografii jest to postać męska, która ma wnuczkę z krwi i kości (to połączenie stwarza także problem dotyczący kościstych kolan), jeździ na koniu o imieniu Pimpuś, a jego towarzyszem jest sczur-kościotrup, który mówi PIIIP! W porównaniu do tradycyjnej żeńskiej Kostuchy, z pratchettowskim Śmiercią byłoby przynajmniej o czym pogadać.

Wygląda więc na to, że Terry Pratchett jest dla mnie nauczycielem, oskramiaczem, otwieraczem (oczu), rozbawiaczem, znajomym i krewnym w jednej osobie oraz terapeutą. No właśnie, bo pisać „był” w tej sytuacji nie jest właściwym sformułowaniem – dzięki temu co napisał, nadal jest i będzie siadał koło mnie od czasu do czasu w tramwaju, choć niestety na zupełnie nowe wspólne wizyty w księgarniach się już nie doczekam...*

*Aha no i nauczył mnie też czerpania przyjemności z czytania przypisów dolnych**
** Nawet kilku na jedną stronę.


Justyna
Terry Pratchett był dla mnie kimś, kto stworzył niepowtarzalny świat i wykreował postacie, które pokochałam i o których czytałam z zapartym tchem. Był autorem książek, po które sięgałam w ciemno, ponieważ wiedziałam, że nigdy się nie zawiodę i kolejne godziny spędzę z bohaterami, niepozbawionymi wad i popełniającymi błędy, ale zawsze ciekawymi i nietuzinkowymi.
W załączniku wysyłam mój rysunek przedstawiający sir Pratchetta, z jedną z postaci Nac Mac Feegle'a.

Terry w wykonaniu Justyny



Kasia Blitek
Żeby Terry był zawsze ze mną - breloczek Mistrz w stroju maga ;-)

Terry jako mag



Kasia Szczepara
Za dużo nie napiszę, bo wolę przedstawić Wam to, co mi Terry Pratchett dał. Wręczył mi swoim Światem Dysku prezent na całe życie, czyli mego małżonka. Przez nagminne pożyczanie książek, początkowo od kolegi z basenu :D, w końcu zakochałam się. Bohaterowie Świata Dysku wlali w moje serducho miłość do Kuby i tak już zostało :). Skończyło się zaś na ślubnym kobiercu i niebanalnej sesji ślubnej, godnej niesamowitych pomysłów pióra Maestra fantasy, czyli Terry'ego Pratchett'a. Jak dla mnie, Sir Pratchett musi być teraz mega zwariowanym Aniołem - takim Rincewindem w niebie.


Elly G
Nie chcąc stworzyć patetyczno-sentymentalnego, opasłego woluminu postanowiłam ominąć kwestie oczywiste, czyli ogólne uwielbienie dla pratchettowego pióra oraz Świata, który stworzył, a skupić się tym razem na sir Terrym Pratchettcie jako niesamowitej osobie.

Pamiętam, jak w podstawówce i gimnazjum co jakiś czas pojawiał się temat autorytetów i trzeba było napisać wypracowanie. Nigdy nie miałam autorytetu i zwykle pisałam o kimś, kto był akurat "na czasie" (zaczynając na Matce Teresie a kończąc na wychowawczyni w klasie). Jaka szkoda, że na Terrego trafiłam późno, w okresie licealnym, bo dopiero wtedy okazało się, że a) wiem, czego oczekuję od mojego prywatnego autorytetu i b) że ktoś taki istnieje. Jako, że do tej pory nie miałam okazji napisać o nim wypracowania, zrobię to właśnie teraz, choćby miało się zrobić trochę szkolnie czy dziecinnie - najważniejsze, że prawdziwie i prosto z serca.
Po przeczytaniu kilku tomów "Świata Dysku" zainteresowałam się w końcu samym autorem. Oglądając i czytając wywiady nie mogę oczywiście powiedzieć, że poznałam sir Terrego tak naprawdę, ale podobała mi się twarz, jaką pokazywał światu - szczera i autentyczna. Tego mi brakuje wszędzie dookoła. Każdy chce być fajny i oryginalny, a on taki właśnie był, bo nie chciał być taki na siłę, jeśli to zdanie ma sens gdziekolwiek poza moją głową. Terry, w tym co po sobie pozostawił - książkach czy wywiadach i innych wypowiedziach, zdaje się być osobą, która nie przejmuje się ile osób uzna go za interesującego, ile za nudnego, a ile nawet o nim nie usłyszy. Wydawał się być pewny, że w końcu dotrze do tych właściwych osób, które podzielą jego zdanie czy poczucie humoru. W tej kwestii mogę otwarcie powiedzieć, że jest moim autorytetem i kiedy już będę dorównywać wiekiem Niani Ogg mam nadzieję, że będę mogła stwierdzić, że przez całe życie byłam równie autentyczna i że nie zdarzy mi się próbować być taką "fajną i oryginalną" dla wszystkich.
Wstęp do "Kiksów", który napisał Gaiman i który jakiś czas temu już opublikował w wersji angielskiej The Guardian nie był dla mnie wielkim zaskoczeniem, zwłaszcza w kwestii "Terry Pratchett to nie radosny stary elf" zapewne z wyżej opisanego powodu.
Tak więc, kim był dla mnie sir Terry Pratchett?
Sobą.
I za to go uwielbiam.*

*A także, co oczywiste, za stworzenie Śmierci, Samuela Vimesa i opisów denerwująco różowych poranków :)


Magdalena Kapkowska
Terry był dla mnie przyjacielem w ciężkich chwilach. Przyjacielem, który zawsze potrafił oderwać moje myśli od problemów, rozluźnić mnie i rozśmieszyć. Czy to w deszczowy dzień w domu, czy to w autobusie pełnym szarych, smutnych ludzi - potrafił sprawić, że świat wydawał się weselszym miejscem.


Michał Petrykowski
Terry był cudownym człowiekiem. Z ogromnym dystansem patrzył na otaczający na świat, celnie wyłapując jego paranoje i wszelkie przywary. Był człowiekiem odważnym, który nie bał się trudnych tematów i walczył o wolność i podstawowe prawa człowieka, za które zawsze uważałem i uważam prawo do decydowania o własnej śmierci. A kim był dla mnie? Dla mnie był kimś szczególnym... był moim swatem. Dzięki niemu pewnego słonecznego dnia poznałem swoją przyszłą żonę. Jadąc w pociągu naprzeciw siebie oboje czytaliśmy książki Pratchetta. Ja "Muzykę duszy", ona "Ruchome obrazki" - nagle w tym samym momencie wybuchnęliśmy śmiechem, potem nasze oczy się spotkały i już wiedzieliśmy, że jesteśmy sobie przeznaczeni. Mistrz sprawił, że nawiązaliśmy rozmowę o Świecie Dysku, fantastyce, rock & rollu i Hollywood... i rozmowy te trwają już ponad sześć, cudownych lat.

Aneta Rybicka
(Wszystkie fragmenty tekstu wyróżnione pogrubieniem stanowią cytaty z książek Autora i nie należą do mnie. Wszelkie podobieństwa postaci i miejsc występujących w poniższym tekście do rzeczywistych są całkowicie przypadkowe. Podobieństwa do osób, miejsc i wydarzeń fikcyjnych jak najbardziej zamierzone.

„Nikt nie jest ostatecznie martwy,
dopóki nie uspokoją się zmarszczki,
jakie wzbudził na powierzchni rzeczywistości
– dopóki zegar przez niego nakręcony nie stanie,
dopóki wino przez nią nastawione nie dokończy fermentacji,
dopóki plon, jaki zasiał, nie zostanie zebrany.”


Ciepłe majowe południe wypełniał leniwy szum lip rosnących wzdłuż pobliskiej drogi oraz zawzięte dysputy drobiu, obradującego donośnie na podwórku sąsiadów. Słońce przygrzewało mocno, rozpalając do czerwoności płatki tulipanów i plamiąc swoją złocistością żonkile. Młode wiosenne niebo postanowiło dać upust swej młodzieńczej pogardzie dla konwenansów i odrzuciwszy falbanki chmur i obłoków bezwstydnie nagie przeglądało się w tafli pobliskiego jeziora. Pomiędzy kwiatami na grządkach uwijały się jak zawsze pracowite pszczoły, bzycząc sobie do rytmu swoje pszczele wersje szant. Leciutki wietrzyk od niechcenia mieszał palcem w powietrzu, które pachniało, jakby ktoś je niedawno ugotował z dodatkiem przypraw.
Domek, jak zresztą większość w wiosce, stał na niewielkim wzniesieniu rozwijając się ni to podwórkiem, ni to przydomową łączką w dół zbocza, aż do oddzielającej go od jeziora gruntówki. Mniej więcej w połowie tego porośniętego wysoką trawą, wszelkiej maści chwastami i skrzącymi się świeżą zielenią krzewami terenu stała dziewczyna i zawzięcie majstrowała przy wiekowym bzie. Po chwili odsunęła się nieco, by krytycznym wzrokiem ocenić rezultat swojej pracy. Kilka najbardziej dorodnych środkowych gałęzi obwiązanych było solidną, czarną tasiemką, na której wisiała niewielka drewniana tabliczka z wyrzeźbionym starannie napisem „Terry”.

Wtem od strony jeziora nadszedł jasnowłosy młodzieniec. Pomachał do dziewczyny wesoło, przeszedł przez starą, drewnianą furtkę i podszedł do miejsca w którym się znajdowała
- Cześć! Miałem nadzieję, że cię zastanę – zagadnął przyjaźnie. - Jak tam przeprowadzka? Urządziłaś się ju... – przy ostatnim słowie potknął się o jakiś stary, zagubiony w trawie but i byłby wyciągnął się przed nią jak długi, ale na szczęście w ostatniej chwili udało mu się złapać równowagę. Cały czerwony spojrzał na dziewczynę, ale ku jego uldze wcale się z niego nie śmiała. Po prawdzie, prawie nie zwróciła uwagi na cały ten incydent
- Cześć Adam. Jeszcze nie całkiem. Jestem... w trakcie – odpowiedziała z lekkim, nieco zamyślonym uśmiechem, wpatrując się w swoje „dzieło”. Chłopak podążył wzrokiem za jej spojrzeniem
- O, podpisujesz je? Chcesz tu zrobić mini ogród botaniczny, czy co? W sumie materiału to by ci pewnie nie zabrakło. Wiadomo, lata nikt o ten ogród nie dbał, ale trochę pracy i voila! Mogę ci pomóc jak chcesz, tylko powiedz! – Wiedział, że zaczyna paplać, ale nic nie mógł na to poradzić.
Zamiast tego usilnie starał się ukryć nerwowość i speszenie jej osobą pod płaszczem uśmiechu i udanego znawstwa. - A tak w ogóle, to obawiam się, że ta odmiana nazywa się „Charles”, nie „Terry”...
- Nie podpisuję odmian – odpowiedziała spokojnie, błyskając w jego stronę rozbawionym spojrzeniem. – To... swego rodzaju pomnik.
- A... ah. – dopiero teraz dojrzał czarną tasiemkę i przeklął w myślach swoją głupią wpadkę. – Przepraszam...
- Nie masz kompletnie za co – powiedziała, nachylając w swoją stronę jedną z gałązek i chowając nos w aromatycznych, fioletowych kwiatach. – Miałam nadzieję, że będzie tu jakiś lilak. W ostateczności planowałam posadzić nowy, ale ten przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Zauważyłam go, jak tylko
parę tygodni temu rodzice przywieźli mnie tutaj pierwszy raz na rekonesans. Wtedy oczywiście był jeszcze kompletnie goły, ale i tak przyciągnął moją uwagę. Jest piękny. I idealny do swojej roli.
Próbowała cofnąć się o kolejny krok, by objąć wzrokiem cały krzew, ale potknęła się o jakiś wystający kamień i wylądowała tyłkiem na trawie.
- Nic ci nie jest? – zawołał blondyn z troską.
- Nie, wszystko w porządku – zapewniła, rozcierając sobie łokieć.
- Dziś chyba jakiś dzień upadków – zażartował.
- Cóż, grawitacja to nałóg z którym trudno zerwać – mrugnęła do niego wesoło. – Usiądziesz? – poklepała ręką obok siebie.
Adam niepewnie zajął wskazane miejsce. W tym momencie w zaroślach nieopodal coś się poruszyło i po chwili wychynął z nich niewielki jeż. Spojrzał na nich paciorkowatymi oczami i czym prędzej zniknął w następnym gąszczu.
- Wygląda na to, że macie lokatora! Pewnie się zdziwił biedaczek, że po tak długim czasie spokoju i samotności, nagle ktoś tu się pojawił.
- Może daremnie szuka kogoś, kto go przeleci... – mruknęła pod nosem zanim zdążyła się ugryźć w język.
- Co mówiłaś?
- Nie, nic, nic... – przygryzła wargi, żeby nie parsknąć śmiechem i opierając się na przedramionach rozglądnęła wkoło.
U podnóża wzniesienia, za płotem, przy ścieżce prowadzącej na kąpielisko stała niewielka budka przed którą tłoczyła się grupka ludzi.
- Co tam jest? – zapytała Adama, wskazując czubkiem brody kierunek o który jej chodziło.
- To? Budka pana Geronimo. Sprzedaje przekąski plażowiczom. Ale osobiście nie radziłbym ci próbować...
-Dlaczego?
- Powiedzmy, że jego działalność mogłaby służyć za podręcznikowy przykład dla pracowników sanepidu do nauki tego, jak taki punkt NIE powinien wyglądać...
- To czemu się go jeszcze nie pozbyto?
- Bo ja wiem... – chłopak podrapał się z zakłopotaniem po karku. – No wiesz... to w końcu pan Geronimo. Jest tu od zawsze, tak samo jego budka. To jakby... część folkloru. I w sumie jakoś jeszcze nie było przypadków poważniejszych zatruć, chociaż podobno kiełbaski robi ze złapanych w piwnicy szczurów – rzucił jej ukradkowe spojrzenie, sprawdzając czy udało mu się ją podpuścić, jednak ona w dalszym ciągu wpatrywała się w kolejkę z dziwnie rozrzewnionym wyrazem twarzy. – A ty lubisz zwierzaki? – desperacko próbował odzyskać jej uwagę.
- Koty. Koty są miłe – odpowiedziała bez zająknięcia i odchyliła głowę wystawiając twarz w kierunku słońca.
- No to najwyraźniej nie poznałaś jeszcze Fiksata... – mruknął.
- Nie, chyba nie miałam przyjemności. A cóż to za dżentelmen...? – spytała z rozbawieniem.
Adam nie odpowiedział, tylko wskazał jej palcem płot odgradzający posiadłość na której się znajdowali od następnej. Po obdrapanych sztachetach przechadzał się właśnie duży kocur o dosyć odstraszającym wyglądzie i gęstym, skłębionym futrze. Jakby wyczuwając, że o nim mowa, obrócił poznaczony bliznami pysk, obrzucając ich pogardliwym, jednookim spojrzeniem.
- Można o nim powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest miły – kontynuował chłopak. –
Zadziorny, odstręczający, dziwny, brzydki... i trochę przerażający. Wszystkie koty we wsi schodzą mu z drogi. A nawet co niektóre psy! Jedyną osobą, która mogłaby uważa go za miłego, jest jego wiedźmowata właścicielka.
- O, ma wiedźmę za właścicielkę? – dziewczyna spojrzała na niego z nagłym zainteresowaniem.
- Nie prawdziwą! – sprostował szybko. – To po prostu pewna starsza pani. Dosyć... trudna w obyciu, że tak to ujmę, ale w sumie raczej stroni od ludzi i nie utrzymuje z nikim bliższych kontaktów. Jedynymi osobami, które ją regularnie odwiedzają są jej dwie przyjaciółki. Przyjeżdżają tu co jakiś
czas, czort wie skąd.
- Może urządzają sabat? – podsunęła niewinnie jego towarzyszka, a na jej ustach znowu błąkał się ten dziwny, melancholijno-marzycielski uśmieszek.
- Bardzo śmieszne – obruszył się, święcie przekonany, że śmieje się z niego. Siedzieli chwilę w ciszy - ona pogrążona we własnych myślach, on czekając z nadzieją, że sama zacznie temat, jednak gdy kolejne minuty mijały bez słowa, zdecydował się spróbować zagadnąć raz jeszcze.
- Ten Terry to twój dziadek?
- Nie, nikt z rodziny.
- To kto? Przyjaciel?
- W pewnym sensie... – odpowiedziała przyciągając kolana do klatki piersiowej i obejmując je ramionami. - Niewyobrażalnie inteligentny i inspirujący człowiek. Z genialnym poczuciem humoru, niesamowitym talentem i olbrzymią wyobraźnią. Pokazujący ci świat takim jakim jest, ze wszystkimi jego wadami i niedoskonałościami, równocześnie nie tracąc w tym bagnie okruchów jego piękna.
Wsadzający gorzkie pigułki prawdy w słodki cukierek, ułatwiając ich przełknięcie.
- Ach, więc to jakiś twój były nauczyciel?
- Też nie do końca, chociaż wiele potrafił nauczyć. O świecie, o ludziach, o tobie samym... Wiesz, on nawet gdy dowiedział się o swojej nieuleczalnej chorobie nie przestał robić tego, co kocha i do czego miał tak wielki dar. Do końca tworzył, działał, ścigając się z czasem i starając zrobić jak najwięcej.
- Cóż, faktycznie godne podziwu. – przytaknął Adam poważnie. - Jeśli ja bym był na jego miejscu... No wiesz, świadomy tego, że mój zegar może w każdej chwili przestać tykać... sam nie wiem. A Ty chciałabyś wiedzieć kiedy umrzesz
- Gdyby ludzie wiedzieli kiedy umrą, prawdopodobnie wcale by nie żyli.
- Prawda. A jednak... niektórym jak widać się udaje.
- Cóż... niektórzy po prostu są Wielcy – podsumowała z nutą tkliwości w głosie.
Podnieśli się oboje i zaczęli otrzepywać ubrania z trawy.
- Będę już leciał – oznajmił chłopak. – Mama pewnie już czeka z obiadem, a do mojego domu jest kawałek drogi, w dodatku oczywiście pod górkę. Ech, chciałbym, żeby było tu bardziej płasko... – zażartował.
- Wiesz, teoretycznie rzecz biorąc, to nie brakuje tu płaskiego gruntu – powiedziała tajemniczo.
- Nie? – spojrzał na nią jak na wariatkę.
- Problem w tym, że w większości jest pionowy! Albo przynajmniej niewystarczająco poziomy – dokończyła ze śmiechem i po chwili śmiali się oboje.
Odprowadziła go zarośniętą ścieżką pod furtkę. Po drodze znowu minęli, przemykającego między kolejnymi krzakami, jeża. Fiksat drzemał zwinięty w kłębek po swojej stronie ogrodzenia, a pan Geronimo donośnym głosem zachęcał przechodniów do spróbowania jego przysmaków. Drogą szedł młody, rudowłosy policjant, pozdrawiając wszystkich uprzejmie i co chwilę zatrzymując się, by
zamieniać po kilka słów z napotkanymi mieszkańcami wioski. Adam wyszedł już za płot, ale odwrócił się jeszcze i zapytał:
- Nie powiedziałaś mi w końcu - kim właściwie był dla ciebie ten Terry
Spojrzała na niego spod przydługiej grzywki, a kąciki jej ust drgnęły w tym charakterystycznym, tajemniczym uśmiechu.
- Nie „był” – odpowiedziała. - Jest.
Bo przecież „nic tak naprawdę się nie zmienia, nawet jeśli nie zostaje takie samo”.

Zobacz powiązane książki: Kiksy klawiatury: Zbiór esejów

Autor: Grace