świat dysku

Pogodynka


Zobacz więcej z kategorii: otoczenie świata dysku

Wspomnienia z Memoriału. Część I

2016-04-16 15:52:47

Pobudka o 3 rano. Pewnie mogłabym jechać nawet 1,5 godziny później. Nie chcę spóźnić się na samolot. Od czasu, kiedy dowiedziałam się, że mam bilet na to wydarzenie, na memoriał, wszystkie plany musiały być podporządkowane. Tajemnicze wydarzenie zapowiadane tylko datą i obrazkiem z profilem Terry’ego, a jednak wiedziałam, że muszę tam być. Wszystko postawione na jedną kartę. Bilet na samolot kupiony jak tylko data była podana, bez szczegółów. Nie wiedziałam dlaczego, czy to ma sens, ale że muszę tam być, takie uczucie gdzieś z głębi, które mówiło, że niezależnie od tego, co to będzie, to będę żałować, jeśli nie pojadę. Potem okazało się, że bilety są losowane, ale bardzo nieliczni szczęśliwcy dostają honorowo zaproszenie za długoletnią pracę na rzecz popularyzacji książek Terry’ego. Ludzie tacy, jak organizatorzy Discworld Convention – tego na kilka tysięcy fanów, albo podobnego w Stanach, ludzie tacy jak Jason Anthony, którzy od lat prowadzą Discworld Monthly i nagle ku mojemu zaskoczeniu znalazłam się na tej liście. Nie wiem jak i kiedy i dlaczego, ale było to miłe podziękowanie i ogromny honor za te lata pracy przy stronie, inicjowaniu konwentów i codziennych prasówek, żeby mieć pewność, że jesteśmy, jako fandom na bieżąco i mamy głos.
memorial


Wydarzenie zaczynało się dopiero o 19:30, o 19 trzeba było się pojawić. Dostałam mój bilet do ręki w ciągu dnia. Wyglądał tak zwyczajnie. Taki zwykły kawałek papieru z dopiskiem Terry Pratchett’s Memorial. Aż można było się spodziewać, że to nie powinien był być zwykły bilet, ale z drugiej strony co by to było?

Mnóstwo ludzi na miejscu, mało znajomych twarzy. Kilku nie spotkałam, a wiem, że tam byli. Kilka ważnych osób też, ale w sali (ogromnym audytorium) tego teatru podobno mieści się ponad 1100 osób na raz, a sala była wypełniona. Nie wypatrzyłam jednego pustego miejsca. Niektórzy przebrani za ulubione postaci, jedni w garniturach, a inni z koszulkami dyskowymi. Ludzie z całego świata.

Przed wejściem do mojej części Sali ustawiony był rycerz zaprojektowany przez Paula Kidbiego. Wchodząc dalej na mój balkonik po lewej stronie znalazłam na siedzeniu torbę, z tym samym srebrnym profilem Terry’ego i datą 1948-2015 a w środku efekt cebuli. Najpierw kilka zdjęć i rysunków Terry’ego w srebrnej kopercie, potem wodę Ankh, chusteczki (jakże przydatne) z herbem Terry’ego. Znaczek do przypięcia do ubrania z bzem i podpisem Terry Pratchett, puszeczkę pigułek z Suszonej Żaby i książeczkę z profilem Terry’ego z przodu, a z tyłu pszczołą i rzymsko napisaną datą MCMXLVIII – MMXV. Nie musiałam zaglądać do środka. Wiedziałam co zawiera. Książeczka ta, z różną okładką rozdawana jest różnym szczęśliwcom, którzy dostaną się na rozmaite biletowane i zamknięte imprezy dotyczące Terry’ego. Zawiera kilka najważniejszych tekstów, kilka cytatów i kilka przemówień, które odczytane były również potem. Ale chyba się zmieniła, zawiera też fragment Pasterskiej Korony, którego chyba nie było w tych, które tylko podziwiałam w cudzych kolekcjach. Niewidzialna cebula zaczęła dawać o sobie znać.

Rozejrzałam się dalej, niesamowity widok tylu fanów zajmujących miejsca. Na scenie ciemno, ale widać, że stoi bagaż, instrumenty (perkusja, gitara, bas, chyba coś jeszcze), jakiś stolik, ale nie widzę co się na nim znajduje, coś jeszcze, jak złoty ptak, który okazał się potem pulpitem w kształcie orła. A nad tym wszystkim wielki ekran z migoczącym profilem Terry’ego. Zapoznałam się z miłymi sąsiadami, którzy właśnie zajmowali miejsca. Dziewczyna obok mnie była z Grecji, również organizatorka konwentów, a dalej siedziała organizatorka North American Discworld Convention. Nie tylko ja miałam za sobą naprawdę długi dzień. Przygotowałam sobie aparat i smartfona, żeby robić zdjęcia, albo nagrywać filmy.

memorial


Na scenie zrobiło się jeszcze ciemniej, a scenę wypełnił chór. Wydarzenie się rozpoczynało. Głos Terry’ego przywitał się ze wszystkimi, a potem inny (opatrzony wizerunkiem Vetinariego na ekranie) poprosił o nienagrywanie i nie robienie zdjęć, a niedostosowanie się będzie miało konsekwencje. W tym momencie pojawił się obrazek nieszczęśników wiszących głową w dół w jamie ze skorpionami. Posłusznie wyłączyłam urządzenia i schowałam do torby rozglądając się czy chociaż mają swoje kamery. Mieli. Kiedyś to będzie dostępne. Dobrze, upewnię się, że Wy też możecie to zobaczyć. Żałowałam tylko braku notatnika i ołówka. Chór zaczął śpiewać. Był to utwór ulubionego kompozytora Terry’ego. To, czego Terry słuchał kiedy był w szpitalu, kiedy potrzebował się wyciszyć. Słuchaliśmy w skupieniu. Był to naprawdę piękny występ.

Głos przedstawił Terry’ego i zaczął pokrótce opowiadać o jego życiorysie wskazując jednocześnie ważne osoby. Lynn, żonę Terry’ego, którą poślubił jeszcze przed wydaniem Dywanu, Rhiannę, jego córkę. Na ekranie pojawiały się rozmaite zdjęcia z młodości Terry’ego. Jako dzieciak na szkolnym zdjęciu grupowym - jedyny ze skrzywioną miną, jako chłopak prawie niepodobny do tego, którego znamy, jako młodzieniec z Lynn u boku, jako dumny autor na premierze swojej pierwszej książki, jako tata Rhianny, jako później znany autor. Cokolwiek nie było powiedziane, w tle przewijały się obrazy, które z jednej strony powodowały salwy śmiechu, a zaraz potem łzy w oczach.
Na scenie pojawił się Stephen Briggs, jako lord Vetinari. Przedstawił się jako jedna z postaci Świata Dysku, tych ważniejszych oczywiście, do których zalicza Babcię Weatherwax, Vimesa i siebie i tyle. Co oczywiście przywołało śmiech. Zaprosił na scenę gospodarza. Wyszedł Rob Wilkins, właściwie tylko na moment, przywitać się i powiedzieć jak to rozmawiał kiedyś z Terrym o tym, jak ten wyobraża sobie wszystko, co zostanie po jego śmierci. Między zadał mu pytanie, czy jest jakaś jedna rzecz, którą by chciał na tej ceremonii. Terry odpowiedział, że chciałby tam być. Rob pytał dalej, czy oprócz tego, coś jeszcze. Terry odpowiedział, że ma być to w odpowiednim tonie. To znaczy ma być wesoło i mają być przekleństwa w stylu Monthy Pythona, takie jak Fuck i Bugger. Ledwie je wypowiedział, przeprosił swoją mamę siedzącą w pierwszym rzędzie. A następnie zaprosił Rhiannę, żeby opowiedziała o swoim tacie.

Rhianna ubrana w czerwoną marynarkę, czarną spódniczkę i wysokie kozaki weszła dumnie na scenę, niosąc obiema rękami uniesiony miecz Terry’ego. Ten sam, który Terry sobie samodzielnie wykuł po otrzymaniu tytułu szlacheckiego. Ten sam, który Rhianna niosła na jego pogrzebie. Podeszła do pulpitu i pięknie odczytała swoje wspomnienia. Były one już publikowane w Observerze, Guardianie i pewnie innych miejscach. Znalazły się też w książeczce. Znałam je, czytałam wcześniej, a jednak przeczytane przez nią miały moc. Opowiadała o tym czym była śmierć, czy raczej był Śmierć dla jej ojca. Dlaczego był ważny, o pogrzebie i wspomnieniach różnych ludzi, o jego obserwacji świata i jak to Susan i Tiffany dostały sporą część jej osobowości. O tym, jak to było dorastać u boku taty, który pozwalał jej chodzić po drzewach i spadać z nich i uczyć się jak szanować świat dookoła.

Na scenę wrócił Rob i opowiadał serię anegdot o Terrym. Prawdę mówiąc nie wiem, które opowiadał kiedy. Rob, jako wspaniały prowadzący miał ich tak wiele do powiedzenia, że wtrącał je co chwilę. Opowiadał jak to poznał Terry’ego będąc fanem. Był wówczas fanem wielu światów fantastycznych, jeździł na konwenty, zbierał rozmaite gadżety do tej pory trzymane na strychu jego rodziców.
Swego czasu marzył, że fajnie by było móc opowiedzieć wnukom, że pracował rok czy dwa dla Terry’ego Pratchetta. Opowiadał, że miał okazję pogadać chwilę z Terrym o komputerach. O jego pierwszym komputerze, który to Terry znał i wiedział co w nim było źle skonstruowane i kiedy okazało się, że Rob miał te same uwagi i pomysły na poradzenie sobie z tym, Terry go bardzo polubił. Spotkał go później zupełnie gdzie indziej nazywając „Captain Capability” (kapitan zdolniacha). Jakiś czas później, Rob biorąc kąpiel dostał telefon od Terry’ego. Terry zapytał czy nie chciałby dla niego pracować. Rob odpowiedział tonem od niechcenia „ok, dobra”, a po odłożeniu słuchawki skakał z radości. Przyszedł pierwszego dnia do pracy, Lynn (żona Terry'ego) zrobiła mu herbatę. Rozmawiali około godziny, kiedy wpadł Terry i pyta, co Rob robi? Rob zapytał: "co chciałbyś, żebym robił?". Na co Terry odpowiedział „a skąd ja mam wiedzieć? Cokolwiek. Płacę ci teraz”. I tak oto Rob przekonał się, że inicjatywa to podstawa i został w tej pracy na następne 12 lat.

c.d.n.

Część II

Autor: Grace